Japończyk

Byłem w mieście już od kilku dni. Wróciłem po dłuższej, niż zwykle nieobecności i w dalszym ciągu nie opuszczał mnie miły nastrój. Lubiłem wrażenie jakie robił na mnie Poznań, kiedy do niego wracałem. Znałem go, jak własną kieszeń lecz za każdym razem potrafił mnie czymś zaskoczyć. Zaglądałem w znajome miejsca i często zdarzało mi się odkrywać je zupełnie na nowo.

Nie inaczej było tym razem, kiedy zajrzałem na Plac Andersa. Dosłownie wczoraj oddano do użytku trzeci stojący na tej działce i jednocześnie najwyższy, wieżowiec poznańskiego centrum. Z artykułu, który przeczytałem w którejś z lokalnych gazet, wiedziałem, że miał siedemdziesiąt pięć pięter i wszystkie te kondygnacje zajmował hotel. „Powrót Poloneza”, taki był tytuł newsa, przypomniałem sobie, zadzierając głowę do góry. Budynek miał stać się nową ikoną stolicy Wielkopolski, a swym bogactwem przebijać najbardziej luksusowe hotele Warszawy. „Nawet w najbogatszej ofercie stołecznych hoteli nie ma, aż tak luksusowego miejsca”, pisał z przekąsem autor publikacji. Ot, taki pstryczek w nos dla od zawsze traktowanej z niechęcią stolicy kraju. Taka, nasza poznańska duma, lokalny patriotyzm, jak twierdzili mieszkańcy albo zwykła buta i niewyleczone kompleksy, jak mówili przyjezdni. Inwestor podkreślał, że aranżacją wnętrz hotelu zajęli się światowej sławy architekci, a projekt całego budynku powstawał przez kilka miesięcy w samym sercu Nowego Jorku. Wystrój pokoi oraz restauracji nawiązywał do polskiej epoki romantyzmu, a w gigantycznym, przeszklonym lobby, centralne miejsce zajmował ogromny fortepian. Fasada wieżowca także przywoływała na myśl dokonania polskiego mistrza. Budynek miał solidną, budzącą szacunek, masywną podstawę, a ściany przyziemia stanowiły ciemne, granitowe płyty, kojarzące się w oczywisty sposób z czernią obudowy fortepianu. Z tej wspólnej części, w niebo wzbijały się dwie wieże. Wyższa z nich, zachodnia wyglądała jakby każde z pięter było klockiem popularnej gry Jenga. Szklane kondygnacje były oddzielone od siebie w taki sposób, że cała konstrukcja przypominała klawisze fortepianu. Wschodnia, niższa z wież była idealnie równa, jak pojedyncza tafla szkła, natomiast jedno piętro od drugiego dzieliły złote nici symbolizujące naciągnięte struny instrumentu. Rzeczywiście wysokościowiec robił imponujące wrażenie.

Na hotelowym placu, naprzeciw czarno-złotych obrotowych drzwi nie znalazłem się tylko z czystej ciekawości. Maciej, mój brat i Dominik – najlepszy przyjaciel kilkadziesiąt minut wcześniej wylądowali na Ławicy i siedzieli już pewnie w taksówce jadącej w moim kierunku. Dużo się w naszych losach pozmieniało i teraz oni też byli w mieście tylko przejazdem. Wracali z Malty, gdzie podpisywali umowę franczyzową z pewnym wysoko sytuowanym Niemcem, a nazajutrz musieli już być w Kijowie na następnym, ważnym biznesowym spotkaniu. Dominik z racji swoich zainteresowań branżą hotelarską chciał koniecznie sprawdzić Poloneza, a dzień otwarcia hotelu dla gości był do tego idealną okazją.

Wciąż podziwiałem kunszt z jakim wybudowano i wyposażono ten hotel. Co kilka chwil pod wejście podjeżdżały luksusowe auta z odświętnie ubranymi szoferami i zacnymi osobistościami na tylnych kanapach. Każdy chciał pokazać się na specjalnie wyłożonym dywanie prowadzącym do środka. Z każdą minutą pęczniała grupa dziennikarzy i fotoreporterów zasypujących błyskiem fleszy wszystkich wysiadających z limuzyn i SUV’ów. Dziś wieczorem spodziewano się tu całej śmietanki wielkopolskiej kultury, polityki i sztuki. W holu głównym hotelu miał odbyć się bankiet wydany przez właściciela hotelu, wnuka wpływowego biznesmena Jana Kulczyka. Jako, że wydarzenie powiązano z rocznicą urodzin Fryderyka Chopina, a całość okraszono wizerunkiem kompozytora, swoim patronatem objął je sam Minister Kultury. Właściciele hotelu odpowiednio wcześniej zajęli się oprawą medialną, rozsławiając wydarzenie na całą Polskę. Zdjęcia wieżowca, oraz informacje na temat najnowszej inwestycji były na ustach najpopularniejszych dziennikarzy, a atmosferę wokół otwarcia Poloneza podgrzewała plotka na temat przeniesienia Międzynarodowego Konkursu Pianistycznego do Poznania.

Usiadłem na ławeczce oddalonej nieco od głównego wejścia i wypatrywałem taksówki. Gdybym palił, pewnie dla zabicia czasu sięgnąłbym teraz po papierosa. Tak kiedyś zaczęła się moja przygoda z tym nałogiem. Na pierwszy raz dałem się namówić prostu z nudów. Na szczęście rzuciłem to cholerstwo i teraz mając chwilę wolnego nie zatruwałem już sobie płuc, a jedynie oczy i kręgosłup szyjny, gapiąc się w rozświetlony ekran nowego smartfona. Podobno nadużywanie tych inteligentnych telefonów miało jeszcze gorsze skutki, niż zaciąganie się mieszanką cyjanowodoru i nikotyny. Zwyrodnienia stawów dłoni, problemy z bólem karku i szyi, postępująca krótkowzroczność i oczywiście rak prostaty od noszenia tak silnego nadajnika fal radiowych w okolicy penisa. Odłożyłem komórkę na oparcie ławki.

W końcu, na szczycie ulicy Kościuszki pojawiła się taksówka. Był to stary Mercedes, więc byłem pewien, że to oni. Maciej jeździł tylko takimi. Zawsze, zaraz po zajęciu miejsca z przodu zagadywał taksiarza o auto, pytał jak się prowadzi, ile ma przejechane i czy miał kiedyś sto dwudziestkę czwórkę.

Wstałem z miejsca i pomachałem ręką, żeby kierowca zatrzymał się koło mnie. Najpierw usłyszałem klekot starego diesla, a chwilę później pisk wymagających już wymiany hamulców. Kiedy Młody rozliczał się jeszcze z taksówkarzem, Dominik wyskoczył już z tyłu i podszedł do mnie żeby się przywitać.

– Siema!

– Jak tam? – uściskaliśmy się.

– Dobrze, Maciej spał w samolocie, oceń to? – Dominik zaśmiał się kiwając głową w stronę mojego brata. Uśmiechnąłem się szczerze.

– A twoja torba to się sama wyciągnie z bagażnika, nie? – Maciej krzyknął w naszą stronę zatrzaskując klapę taksówki w kolorze budyniu wanilinowego dr Oetkera. Dominik zrobił głupią minę przedrzeźniając go i poszedł odebrać swój bagaż.

W trójkę udaliśmy się już w stronę obrotowych drzwi. Plan był taki, że chłopaki wrzucą tylko torby do pokoju i pójdziemy zaraz coś zjeść. Weszliśmy do lobby.

Wyglądało imponująco. Z bardzo wysokiego sufitu zwisał ogromny, kryształowy żyrandol, ściany holu obłożono naturalnym, ciemnym drewnem. Wolnej przestrzeni było mnóstwo, większość pomieszczeń była przeszklona, co sprawiało, że całość wydawała się jeszcze większa. Wszędzie biegali wystrojeni pracownicy obsługi, recepcjoniści i boye ciągnący wózki pełne toreb i walizek. W powietrzu unosił się zapach luksusu z domieszką nerwowości ale i aromatem dumy.

– Dobra, to idziemy na górę. Czekasz tu czy idziesz z nami? – Maciej zwrócił się do mnie
z kartą magnetyczną w dłoni.

– Chyba poczekam. Chcę obejrzeć ten fortepian – odpowiedziałem zamyślony patrząc na potężny instrument.

– Jak chcesz, ale mamy pokój na 51 piętrze we wschodniej wieży…

– Maciej! – krzyknął Dominik stojąc już przy windzie – Dalej, bo jestem głodny!

Zostałem na miejscu i odprowadziłem ich bezwiednie wzrokiem. Byłem zafascynowany pięknym wystrojem wnętrza, mieszaniną perfum przechadzających się wokół gości i świeżo palonych ziaren w hotelowej kawiarni. Całości dopełniał piękny zapach drewnianych desek recepcji. Gdzieś z oddali słychać było delikatną melodię jazzowej piosenki z okresu międzywojennego.

Ocknąłem się nagle przypomniawszy sobie, jak Maciej powiedział mi, że jadą na 51 piętro. Jak mogłem odpuścić sobie taki widok?

Szybkim krokiem ruszyłem w stronę wind. Nie musiałem na szczęście długo czekać. Ze złotej tarczy odczytałem, że kabina jest tylko pięć pięter wyżej. Wkrótce złota wskazówka wróciła do wyjściowej pozycji 0. Kiedy rozsunęły się drzwi okazało się, że będę jedynym pasażerem.

W środku zobaczyłem dwie kolumny cyfr odzwierciedlające dwie wieże budynku. Ostatnie, 51 piętro lewego wieżowca było pogrubione. Wyciągnąłem rękę w stronę przycisków i przypomniałem sobie, że właśnie na tym piętrze jest łącznik pomiędzy dwiema częściami hotelu. Nie byłoby w tym nic nadzwyczajnego, gdyby nie fakt, że w tym miejscu winda zmieniała oś poruszania się. Te kilka metrów przejeżdżała w bok, by następnie znaleźć się w drugiej wieży i jechać dalej w górę, aż na 75 piętro. Kolejny, inżynieryjny wyróżnik na tle innych, zwykłych budynków.

Już miałem wybrać pięćdziesiąty pierwszy przycisk wschodniej wieży, kiedy do kabiny z impetem wbiegł niewysoki mężczyzna z czarnym garniturze w cienkie, srebrne paski. Rzucił tylko na mnie okiem i bez słowa wybrał ostatnie, najwyższe piętro. Drzwi zasunęły się z gracją i winda pojechała w górę. Mężczyzna stał cały czas w narożniku z przyciskami uniemożliwiając mi do nich dostęp. Ruszyłem w stronę cyferblatu by wybrać swoje piętro. Nagle nieznajomy pasażer odwrócił się i skarcił mnie wzrokiem jakbym był niegrzecznym dzieckiem, które mimo próśb nadal broi podczas podniosłego momentu mszy świętej. Dopiero teraz zauważyłem, że był Japończykiem. Żaden z nas nie wypowiedział ani słowa.

Zbliżyłem się jeszcze bardziej. Mężczyzna cofnął się, niemal dotykał teraz przycisków plecami. Słyszałem jak raptownie wciąga powietrze do płuc i napina mięśnie całego ciała. Próbował schować się za czarną aktówką, którą miał ze sobą, ale jej rozmiar wystarczył tylko na zasłonięcie klatki piersiowej. Widziałem jak w boki skórzanej torby wbijały się jego białe, kościste palce. Wyglądało, że odda życie za to, żebyśmy tylko dojechali na ostatnie piętro bez zatrzymywania się po drodze. Widząc determinację z jaką zachowywał się ten dziwny człowiek, dałem sobie spokój i wycofałem się do swojego kąta małej windy. Pomyślałem, że nie warto się kłócić, zjadę sobie najwyżej z tego ostatniego piętra. Po za tym istniała przecież możliwość, że po drodze ktoś się dosiądzie. Byłem ciekaw dalszego rozwoju wypadków w takim przypadku. Mężczyzna wbił wzrok w podłogę. Widząc moją rezygnację z walki o naciśnięcie przycisku, wypuścił z ulgą powietrze, rozluźnił mięśnie i wyprostował się. Aktówkę odłożył na podłogę. Zapanowała znajoma, niezręczna cisza.

Kabina windy dotarła na szczyt wschodniej wieży. Tutaj miałem wysiąść. Winda nie zatrzymała się jednak, ale zgodnie z przewidywaniami zaczęła sunąć po płaskiej powierzchni łącznika. Doprawdy dziwne uczucie. Ruch ten odbywał się płynnie, lecz z dość małą prędkością. Kiedy kabina znalazła się w drugim budynku, usłyszeliśmy kilka cyknięć dobrze naoliwionego mechanizmu, dwa łagodne przeskoki zębatek i delikatne puknięcie. Winda musiała znaleźć się już w nowym szybie. Kilka sekund później zaczęliśmy się wznosić. Wydawało mi się, że z dużo większą prędkością niż we wschodniej wieży. Numery pięter zmieniały się szybciej. Wyraźnie poczułem rodzący się we mnie niepokój. Coś było nie tak. Kilka sekund później byłem już pewny, że z każdym przebytym metrem, winda przyspiesza. A jeśli nie wyhamuje? Przeszło mi przez myśl.

Jeszcze raz ruszyłem w stronę Japończyka. Tym razem z mocnym postanowieniem dopięcia swego. Mężczyzna musiał wyczuć moją determinację, bowiem spiął się jeszcze bardziej niż poprzednio i jeszcze mocniej przywarł do narożnika. Byłem pewien, że oparł się plecami o klawisze i nacisnął je wszystkie. Winda jednak nie miała zamiaru się zatrzymać, a my nieubłaganie zbliżaliśmy się do ostatniego piętra. Napięcie rosło z każdą sekundą.

– Proszę się odsunąć – wycedziłem do Japończyka niemal go dotykając. Czułem zapach jego wody kolońskiej. – Please, move away! – facet nie reagował. Jęknął tylko z przerażaniem kiedy wyciągnąłem rękę żeby go odepchnąć. W tym momencie zobaczyłem, że minęliśmy siedemdziesiąte trzecie piętro i dalszym ciągu pędziliśmy w górę. Czas jakby zwolnił. Nie bez trudu udało mi się przesunąć blokującego mi dostęp do przycisków mężczyznę. Wpadłem w panikę. Skurczyłem się w środku bojąc się już nie o to, że nie zatrzymamy się tam gdzie powinniśmy, ale, że nie zatrzymamy się wcale. Obaj zapiszemy się na niechlubnej karcie historii hotelu i odtąd nasze dusze będą nawiedzać gości Poloneza jak zjawy w hotelu Overlook w sercu gór Kolorado.

Dostałem się wreszcie do cyferblatu. W opętaniu zacząłem przyciskać blaszki jak popadnie. Nie ominąłem żadnej, chociaż teraz, zdając sobie sprawę z powagi sytuacji na przemian cisnąłem STOP oraz ALARM. Kątem oka dostrzegłem, że od kilku dłuższych chwil, wyświetlacz pokazuje siedemdziesiąte piąte piętro. Podniosłem głowę do góry i gapiłem się tępo w te dwie złowrogie cyfry, które zaczęły właśnie migać.

Najpierw usłyszałem ogromny huk jakby sylwestrowa petarda wybuchła tuż obok mojego ucha. Następny był brzęk tłuczonego szkła i wstrząs taki jakby świat trząsł się posadach. Odruchowo zasłoniłem głowę rękami, zamknąłem oczy i nie wiem dlaczego, ale kucnąłem. Chwilę później poczułem na twarzy podmuch zimnego wiatru.

Rozejrzałem się dookoła. Trudno było mi było uwierzyć w to, że byłem cały. Stałem na dachu najwyższego wieżowca Poznania widząc przed sobą piękną panoramę miasta. Kabina windy, w której wyskoczyłem leżała kilka metrów ode mnie. Ze środka wydobywały się kłęby szarego dymu, a z górnej części wystawały grube iskrzące końcówki urwanych kabli. Zorientowałem się, że stoję na małym metalowym podeście otoczonym barierką. Wyglądało to jak taki jednoosobowy punkt widokowy. Po lewej stronie było wejście na schody przeciwpożarowe. Były obudowane zaokrąglonymi, stalowymi prętami. Czy to możliwe, by na taką wysokość można było wspiąć się po drabince?

Zbliżyłem się do krawędzi i zobaczyłem, że schodki prowadzą tylko kilkanaście metrów w dół. Niżej znajdowała się regularna, płaska powierzchnia dachu całego wieżowca. A więc to ja znajdowałem się w jakimś najwyższym, serwisowym punkcie. Odetchnąłem z ulgą. Metalowa platforma wyglądała na solidną, ale chciałem jak najszybciej znaleźć się na dole. Podszedłem do wejścia na schodki z zamiarem zejścia na dół. Zobaczyłem Japończyka trzymającego się kurczowo zagiętych prętów kilka metrów niżej ode mnie.

Patrzył na mnie jakby z wyrzutem. Miał w oczach jednak coś takiego obojętnego, jakby wcale nie obchodziła go powaga sytuacji i to, że cudem przeżyliśmy uderzenie w dach budynku. Hipnotyzowaliśmy się wzrokiem jeszcze przez kilka sekund, po czym ruszyłem w jego stronę dając mu do zrozumienia, że też ma się kierować na właściwy dach. Oczywiście nie drgnął. Westchnąłem zrezygnowany i krzyknąłem próbując być głośniejszym od wichru.

– Move away! – nie przesunął się, ale jego usta się poruszały. Coś do mnie mówił, lecz nie słyszałem ani słowa.

– Ja to wszystko pierdolę – usłyszałem nagle jakby powiedział mi to na ucho stojąc tuż obok mnie. I puścił się.

Widziałem jak spada w dół. Jak bezwładnie uderza o metalowe elementy drabinki i jej osłony. Zupełnie nie bronił się przed tymi bolesnymi uderzeniami. Widziałem jak łamie sobie nogę zakleszczoną między szczebelkami, jak następnie potylicą wali w zagięty pręt tracąc prawdopodobnie przytomność. W zwolnionym tempie obserwowałem krew tryskającą z jego dziąseł kiedy odbita od stalowej rurki głowa uderzyła o niższy szczebel. Nie wydał z siebie już żadnego dźwięku. A mi wydawało się, że to jeszcze za mało żeby pozbawić się życia. Spadnie na miękką papę dachu i przeżyje, pomyślałem. Kiedy jego ciało łupnęło o ziemię byłem pewien, że roztrzaskał sobie jeszcze kręgosłup. Z poczuciem, że nic mi nie grozi zacząłem schodzić w dół.

Ale Japończyk wcale nie uszkodził się aż tak mocno. Otworzył oczy i wbił we mnie swój bezduszny wzrok. Zamarłem kiedy leżąc na plecach sięgnął do wewnętrznej kieszeni marynarki. Jak na człowieka po takich przejściach ruszał się bardzo zwinnie i pewnie. Ułamek sekundy później miał mnie na muszce.

Bez chwili zastanowienia wypalił we mnie. Mogłem zrobić tylko jedno. Odchyliłem się do tyłu żeby uniknąć śmiertelnego trafienia. Moja reakcja była błyskawiczna. Przez moment myślałem, że mi się udało, usłyszałem bowiem brzęk kuli jakieś kilka metrów za sobą. I wtedy właśnie dotarło do mnie, że jednak mnie trafił. Pocisk musnął mi szyję. Uczucie było takie jakby ktoś uderzył mnie kijem prosto w grdykę. Z przerażeniem próbowałem łapać powietrze, jak ryba wyrzucona nagle na brzeg.

– Podążaj za tą kulą! – krzyknął Japończyk i wyciągniętą ręką wskazał jakiś punkt za mną.