Weekend na skraju Borów Tucholskich

W jeden z ostatnich, ciepłych weekendów września postanowiliśmy wybrać się w Bory Tucholskie. Tamtejsze lasy zwiedziliśmy zarówno na rowerze jak i pieszo. Wyłączyliśmy transmisję danych w smartfonach i bez reszty oddaliśmy się przyrodzie. Było warto!

Od początku plan na te kilka dni był prosty: odciąć się od świata. Żadnych mediów społecznościowych, radia, telewizji i telefonów. Najchętniej w ogóle zostawiłbym komórkę w domu, niestety póki co tak się jeszcze nie da. Ale spokojnie, dojdziemy do tego.

Na jednej ze stron rezerwacyjnych znalazłem fantastyczne miejsce – kameralny domek zbudowany w dość niekonwencjonalny sposób: ze słomy i gliny. Tak, my też nie mogliśmy uwierzyć do momentu gdy zobaczyliśmy to cudo na własne oczy. Osada składająca się w tym momencie z dwóch budynków leży nad uroczym jeziorem Stelchno i nazywa się Słomiany Zapał. Do najbliższego sklepu jest co najmniej 2 kilometry, ale przemili właściciele oferują produkty spożywcze prosto od lokalnych wytwórców: sery, wędliny, mleko od krowy, wiejskie jaja bez pieczątek. Polecamy!

Piątek

Pierwszą wycieczkę postanowiliśmy zacząć tuż po przyjeździe. Jak wspominałem wcześniej domek znajduje się ekstremalnie blisko jeziora – od progu do brzegu jest kilkadziesiąt kroków, toteż rzuciliśmy wszystkie torby i…

Sobota

Następnego dnia pożyczyliśmy od naszych gospodarzy rowery i wybraliśmy się na wycieczkę do lasu! Na szczęście w okolicy ich nie brakuje. Idąc za radą bliżej już teraz nieokreślonego przewodnika w internecie, a przede wszystkim właścicieli osady zdecydowaliśmy zapuścić się w głąb boru wschodniej stronie pobliskich torów kolejowych. Docelowo mieliśmy dotrzeć do restauracji Maciejowa Chata, która serwuje przepyszne obiady.

Trasę rozpoczęliśmy podążając wzdłuż znanego nam już jeziora. Zaciszne i wąskie ścieżki to zbliżały to oddalały się od brzegu, a gdy już to robiły, naszym oczom ukazywały się urocze „plażyczki” i skromne pomosty, przy których kołysały się stare, obdrapane łódki.

Wreszcie dotarliśmy do większej, komercyjnej plaży z przyległym do niej parkingiem i dość ciekawą instalacją artystyczną. W tym miejscu przecięliśmy szosę i wjechaliśmy w las.

Kiedy wkroczyliśmy do świata już należącego już tylko do fauny i flory poczuliśmy, że to właśnie po to dzień wcześniej wyjechaliśmy z miasta. Pachniało wspaniale, słychać było szelest liści, świergot ptaków i stukanie dzięcioła gdzieś w oddali. Cudowne widoki obkupione zostały dużym wysiłkiem, bowiem leśne drogi czy to z powodu długotrwałej suszy czy po prostu lokalnej specyfiki składały się głównie z sypkiego piasku, w którym ciężko było się poruszać rowerem. Niemniej, otaczająca dzikość natury rekompensowała całkowicie wszelkie niedogodności.

Spotkaliśmy mnóstwo rudych wiewiórek o puchatych ogonkach, kilkanaście metrów od nas biegały sarny, a już z dalszej odległości nasz mozolny przejazd obserwował jeleń.

Jako że znajdowaliśmy się w małej krainie jezior, pierwszym z celów pośrednich naszej przejażdżki było jezioro Sinowa, które jak mogłoby się wydawać patrząc na mapę w smartfonie powinno być stosunkowo łatwo dostępne. Nic bardziej mylnego. O ile do rzeczki (Sinowa Struga) dotarliśmy z łatwością, o tyle dojście do zbiornika wymagało już porzucenia (na chwilę) jednośladów i przedarcia się przez gąszcz paproci, ale jak możecie się domyślać, nie żałujemy. Kleszczy nie stwierdzono.

Dalej skierowaliśmy się na północ w kierunku jeziora Rybno Małe i Rybno Duże. Po pewnym czasie dość gęsty las nagle rozstąpił się, a naszym oczom ukazała się (nareszcie) mniej piaszczysta droga dochodząca do szerszego, asfaltowego… pasa startowego. Zupełnie przypadkowo znaleźliśmy w środku lasu stare, jak się domyślam wojskowe lądowisko. Specjalnie używam takiego określenia bowiem trudno ten obiekt nazwać lotniskiem. Żadnej infrastruktury, budynku, nawet budki. Tylko spękana nawierzchnia, kruszejąca biała farba i biało-czerwony maszt. Bez flagi.

Całkiem niedaleko bór przecina świeżo wyremontowana szosa. Prawdziwa ulga na naszych zmęczonych nóg. Wjeżdżamy z radością by po niedługim czasie skręcić w prawo i znów znaleźć się w lesie w okolicy wyżej wspomnianych jezior. Małe, jak można się domyśleć bardziej kameralne i dzikie. Korzystając z okazji przysiedliśmy na zwalonym pniu by posłuchać przyrody. Zwierzęta mieszkające na skraju lasu i wody zagrały nam piękny koncert.

Rybno Duże posiada już całkiem dobre dojście, plaże, pomost i parking. Tutaj spędziliśmy znaczenie mniej czasu. Po pierwsze dlatego, że wolimy jednak niedostępne i zaciszne miejsca, a ponadto zaczynało nam już burczeć w brzuchach. Maciejowa Chata, którą polecili nam gospodarze w Słomianym Zapale znajduje się przy przeciwległym brzegu. Restauracja ma wszystko co w takich miejscach lubimy: przemiłego gospodarza, krótkie menu i swojski wystrój wnętrza. Zajrzyjcie koniecznie!

Z uwagi na sporą dawkę ćwiczeń siłowych na leśnych duktach, do domu wróciliśmy drogami asfaltowymi.

Całość, wraz z podziwianiem natury, walką z piachem i obiadem zajęła nam około 6 godzin.

Niedziela

Aby nie skreślać całego dnia postanowiliśmy zjeść jeszcze w spokoju śniadanie, pobujać się w hamaku ile będzie się dało i nie po niespiesznym pakowaniu skorzystać jeszcze z pogody i okoliczności przyrody. Zarówno internet jak i nasi gospodarze dobrze wypowiadali się o zajeździe Przystanek Tleń w miejscowości o tej samej nazwie, w związku z czym zdecydowaliśmy do niej pojechać. Mapa wskazywała jasno, że odwiedzenie restauracji dołoży nam do drogi powrotnej jakieś 40 kilometrów, ale lokal miał wyróżniać się przyzwoitym klimatem i własnym mini browarem. I to ostatnie mnie chyba ostatecznie przekonało. Na podbicie apetytu zafundowaliśmy sobie mały spacer.

Naszym małym marzeniem było przebić się przez leśne gęstwiny i stanąć na dzikim, niedostępnym brzegu jeziora Żurskiego. Weszliśmy do lasu drogą, której nie ma na zamieszczonej wyżej mapie i trochę po omacku staraliśmy dojść do upragnionego celu. Niestety nie udało nam się w miarę szybko odnaleźć sensownej, wytyczonej ścieżki, a trochę zaczynał gonić nas czas. Przecięliśmy zatem linię kolejową (nie wiem co takiego mają w sobie szyny biegnące w środku lasu, ale po prostu musiałem je sfotografować) i wróciliśmy na leśny parking.

Przystanek Tleń niestety okazał się wypchany po brzegi. Ostatecznie nie zdecydowaliśmy dołączyć do kolejki oczekujących na stolik. Może następnym razem.

Bory urzekły nas swoim pięknem, świeżością i dzikością natury. Na pewno wrócimy!