Trzecie piętro

– Panowie, zatem jak mawiają lekarze – specjalnie zawiesił na chwilę głos by zwrócić uwagę na swoje słowa – do DNA!

Łukasz podniósł wypełniony po brzegi kieliszek, przekazał wszystkim zgromadzonym znak pokoju i wychylił bez zbędnych dywagacji. Nie zdążył jeszcze odstawić naczynia na spękany laminat blatu, kiedy Adam sięgnął po dopiero co odstawioną butelkę. Łukasz skrzywił się, ale to nie smak wódki wykręcił mu twarz.

– W oczy przy toaście! Jak mężczyźni! – skarcił pozostałych i podstawił Adamowi kieliszek.

Z całego towarzystwa znałem tylko tę dwójkę. Twarze facetów siedzących wokół były mi obce, chociaż zajmujący miejsce najbliżej mnie brunet wyglądał znajomo. Przez dłuższą chwilę próbowałem przypomnieć sobie skąd mogę kojarzyć jego facjatę. Poddałem się jednak po trzeciej lufie.

Siedzieliśmy w niedużym, jedynym pokoju drewnianego domku w środku lasu. Umeblowanie, typowe jak dla takiego letniskowca składało się z lichej jakości szafy ubraniowej z trzema plastikowymi wieszakami w środku, wyeksploatowanego stolika (który teraz uginał się pod ciężarem butelek wódki, talerzyków z ogórkami i dwulitrowej butli coca-coli) oraz kilku koślawych krzesełek rodem z sali lekcyjnej z podstawówki. Była jeszcze zepsuta, peerelowska wersalka, na brzegu której siedział ten znajomo wyglądający chłopak. Zerkał na mnie od czasu do czasu. Chyba też skądś mnie kojarzył.

– Mateusz, ty co taki ponury? – Łukasz wychylił się do mnie przez środek stolika, cudem nie przewracając otwartej flaszki. Chwycił mnie za szyję i poklepał. – Chodź, napijemy się i idziemy na fajkę. Masz fajki?

Z trudem podniosłem ciężką głowę i uśmiechnąłem się szczerze. Paliliśmy jakieś piętnaście minut temu, miałem wrażenie, że dym dostał mi się pod czaszkę i lada moment wyleci uszami.

– Wiadomo, idziemy – odpowiedziałem wypijając kolejny kieliszek.

Niemałym wysiłkiem wstaliśmy z twardych krzesełek i wytoczyliśmy się na zewnątrz. Przed domkiem stały trzy auta, w tym mój wiśniowy Ford. Spojrzałem na niego i dopiero teraz przypomniałem sobie, że jestem kilkanaście kilometrów od Sopotu. Niedaleko stąd mieszkała moja ciotka, do której akurat wpadli z wizytą rodzice.

– O kurwa, stary… – też zrobiłem pauzę, tyle, że nie specjalnie – ja jutro muszę jechać – ledwo wybełkotałem podając Łukaszowi paczkę.

– Co? – zapytał przeciągając charakterystycznie to słowo. Jakby był oburzony.

– Umówiłem się z rodzicami, że wpadnę do ciotki. Poczekaj – próbowałem przez chwilę stanąć nieruchomo by odpalić papierosa. Ciężko było zestawić w przestrzeni płomień z brzegiem bibuły. Szczególnie, że on był taki jasny! – Gdzie my konkretnie jesteśmy?

– A, tutaj, w takim… – urwał nagle jakby sam nie wiedział – to jest domek mojego wujka wiesz? Tam jest jeziorko, a tam mieszkają tacy nasi przyjaciele… – zamyślił się kontemplując otaczającą nas dziką przyrodę.

– A ci ludzie w środku? Kto to jest? Ten gość co siedzi obok mnie..

– To Adama znajomi z Warszawy. Są spoko. Kurde, brakuje mi Pete’a. Eh, a co tam u Aśki?

– W porządku. Nie mogła przyjechać, bo pracuje. – nadal walczyłem z błędnikiem, więc mówiłem dość powoli.

– Ty, niech ona weźmie i zmieni tą robotę. Tyle ją omija – zmarszczył brwi – Chociaż mojej Oli w sumie też tu nie ma – dodał po chwili ze smutkiem.

Staliśmy jeszcze przez moment w ciszy. Kręciło mi się w głowie, drzewa wokół nas stały raczej nieruchomo, ale cała polana wirowała wokół własnej osi. Wypiłem zdecydowanie za dużo. Nawet przełykając sam sok pomarańczowy czułem ustach posmak wódki. Papierosy też ktoś nasączył alkoholem. Humor psuła mi myśl o tym, że rano mam prowadzić. Mało tego, istniało ryzyko, że rodzice odkryją, że jeżdżę na kacu. Musiałem się jakoś z tego wykręcić. Rzuciłem niedopałek na ziemię i ledwo dotknąłem go butem. Wołem nie wykonywać zbyt energicznych ruchów. To mogło się źle skończyć.

– Chodź na wódeczkę – Łukasz obrócił się na pięcie i ruszył w kierunku werandy zapraszając mnie gestem do środka. Zawsze był taki gościnny.

– Za chwilę, zaraz – wziąłem głęboki oddech, ale delikatnie, żeby się nie wzburzyło. Musiałem dać sobie kilka minut.
Obudził mnie głośny stukot i czyiś jeszcze głośniejszy śmiech. Powoli otworzyłem oczy. Puste butelki, zalany stolik, złamane krzesło. Zwinięte w bliżej nieokreślony kształt jeansy (ze skarpetkami w nogawkach). Uff, pół biedy, że nie zasnąłem w opakowaniu jak jakiś menel.

Kątem spuchniętego oka dostrzegłem, że w kuchni coś się smaży. Po raz pierwszy tego dnia miałem wrażenie, że mózg spłatał mi figla. Widząc patelnię i niebieski płomień pod nią, spodziewałem się poczuć zapach świeżego masła, boczku i jajek. Tymczasem, do moich nozdrzy wdzierał się smród petów dryfujących w wodzie po ogórkach na talerzyku obok. „Tak, chyba potem jaraliśmy już w środku”, pomyślałem próbując wygramolić się ze śpiwora. Było mi zimno i jeszcze nie zaczęła boleć mnie głowa, ale we znaki dawało się już lewe biodro, sygnał, że wczoraj raczej nie oszczędzałem wątroby. Zawsze tak miałem, że po ostrej libacji czułem jakby obite kości. Zakwasy jakieś czy co? Uderzyłem się pięścią w bok myśląc, że mi to czymś pomoże i uśmierzy pulsujący ból. Odszyfrowałem też ten rubaszny śmiech. Adam wariował w kuchni.

– Parówki są?

– Tak, wszystkie dziury pełne parówek! – po całym domku rozniósł się przeraźliwy rechot.

– Bo to prawdziwe śniadanie mistrzów! – Chłopcy musieli być jeszcze pijani. Niemożliwe by ktoś miał tyle energii od rana.

Niemrawym krokiem doszedłem do kuchni i stanąłem w progu bez słowa.

– O, śpiąca królewna! – przywitał mnie Adam wesoły jak zawsze. Nigdy nie mogłem pojąć jak można mieć o poranku dobry humor – wstawisz kawę?

– Mhm – mruknąłem. – A gdzie pozostali?

– Pojechali – odpowiedział krojąc szczypiorek. – Fabian ma jutro jakieś zaliczenie.

– Fabian! – krzyknąłem pstrykając palcami – No tak miał na imię ten gość. Studiowałem z nim lingwistykę.

Zjedliśmy, wypiliśmy kawę, zdążyliśmy nawet omówić wczorajszy wieczór, a ból głowy nadal nie przychodził. Zbliżała się 13, mnie czekał jeszcze telefon, z informacją, że jednak nie wpadnę do rodziców. Miałem ochotę jak najszybciej wrócić do Poznania, położyć się w swoim pokoju, zamówić jakieś śmieciowe jedzenie i obejrzeć niezmuszający do myślenia film. Coś Tony’ego Scotta. Otwartą kwestią pozostawało czy mogę już wsiąść za kierownicę. Biorąc pod uwagę fakt, że z poprzedniego wieczora nie pamiętałem prawie nic, było to wątpliwe.

Przyjaciele namawiali mnie żebym został jeszcze na jedną noc. Zarzekali się, że dzisiaj będzie już spokojnie i bez takiego pijaństwa jak wczoraj. Pogramy w karty i wypijemy co najwyżej kilka piw. Bo przecież cała wódka rozlała się wczoraj. Tak, oczywiście.

Na szczęście postawiłem na swoim i trzy godziny później wyjeżdżałem już z leśnej drogi na asfaltową szosę w kierunku Poznania. Jeszcze przed 21 parkowałem pod starą, odmalowaną na jasnozielony kolor kamienicą, w której wynajmowałem pokój. Wgramoliłem się na drugie piętro i wszedłem do mieszkania.

W korytarzu było ciemno i cicho, ale wiedziałem, że Paweł, mój współlokator, na pewno nie śpi i pewnie ogląda coś w telewizji. Przez szpary w gazetach wklejonych w szklane okienka drzwi przebijało się światło kineskopu. Ciemne kształty postaci tańczyły w niebieskiej poświacie. Rzuciłem plecak na wykładzinę i zastukałem.

– Ooo, a ty już wróciłeś? – zapytał nie odrywając się od ekranu.

Paweł siedział w fotelu zwróconym plecami do mnie, z rękami rozłożonymi na boki. Telewizor był jedynym źródłem światła w ciemnym pokoju i dzięki temu sylwetka mojego przyjaciela rysowała się bardzo wyraźnie. Wyprostowane ramiona otulała strużka delikatnego, białego dymu, a końcówka trzymanego przez niego blanta świeciła jak dioda STAND BY.

– Chcesz?

– A, co mi tam – wszedłem i zamknąłem za sobą drzwi. – Co oglądasz?

– Jakieś gówno o takim kolesiu… nieważne. Idziesz na balkon? Zajaram sobie fajka.

Wyszliśmy. Lubiłem ten niedzielny, zwolniony i delikatny szum aut na Hetmańskiej. Nawet tramwaje w ostatni dzień tygodnia zdawały się być lżejsze i nie hałasowały tak bardzo.

– Co, jak tam z Adamem? Opowiadaj!

– A jak myślisz? – zapytałem z uśmiechem – u niego jak zawsze najlepiej. Ale też nie pogadaliśmy w sumie, bo było trochę ludzi, jakichś jego ziomków, których nie znałem.
A poza tym, wstyd się przyznać, ale dość szybko urwał mi się film.

– No klasyk, typowo. – Paweł zawsze mówił szybko, ale tym razem jego tempo wydawało mi się zabójcze – A Łukasz? Co u tego wariata?

– W porządku. Nie zmienia jednak tej chaty w Łodzi.

– Ta? No to ekstra, będzie można się do niego wbić na włości! – zaśmiał się krztusząc się lekko papierosem – Pan w dwupoziomowym apartamencie – dodał z ironią – Nie, no fajnie tam ma.

– Wiadomo, można się przejechać. Najlepiej całą ekipą. Tak na weekend. – rozmarzyłem się jakby mi było jeszcze mało.

Czułem, że to właśnie powoli przychodzi. Zaczęło mi się delikatnie kręcić w głowie, zrobiłem się nieco głodny. Ścisk żołądka przyjemnie odpuszczał, przy czym pod czaszką zaczynało mi wyczuwalnie szumieć. Jakbym oddalał się od swojej jaźni. Niby cały czas stałem na balkonie, ale właściwie mnie tam nie było. Patrzyłem na Pawła, który zaczynał właśnie opowiadać jakąś historię. Chciałem mu przerwać i zapytać o coś bardzo ważnego. Przynajmniej tak mi się wydawało. Niestety moje spowolnione reakcje i wolniejszy przepływ myśli nie pozwoliły mi na szybką realizację tej chęci. Odczuwałem spokój i relaks, a jednocześnie miałem wrażenie, że bardzo szybko bije mi serce. Wyrywało się wręcz z klatki piersiowej tak energicznie, aż bałem się, że połamie mi żebra. Ruch uliczny zwolnił jeszcze bardziej, Paweł skończył mówić, a ja znów nie mogłem zadać mu pytania, bo trzymałem w ustach tlącego się skręta. Nie można przecież jednocześnie mówić i palić, prawda? Zaciągnąłem się i starałem jak najwolniej wypuszczać dym. Po pierwsze dlatego, żeby się mocniej upalić, a po drugie nie chciałem się rozkaszleć. A niestety ten towar był z gatunku gryzących w gardło.

– Masz tam coś jeszcze? – wróciłem do siebie i usłyszałem bardzo wyraźnie o co pytał Paweł.

– Yyy… – spojrzałem na gwizdek – no chyba nie. Ewentualnie jak się chcesz poparzyć.

– Dawaj, zaryzykuję – machnął ręką w moim kierunku jakby przywoływał podwładnego. Ja poczułem, że muszę natychmiast wracać do środka.

Zatopiliśmy się w starych, zielonych fotelach. Były tu od zawsze i nikt nie wiedział skąd się wzięły. Miały swoje lata, na pośladkach czuć było sprężyny, a rączki oparć dawno już odkleiły się od boków. Ale, uwielbialiśmy je. Żeby odpocząć po ciężkim dniu, przed konsolą, z browarem w dłoni? Idealne. Mój błogostan przerwała atakująca mnie przypominajka. „Miałeś się zapytać!” Usłyszałem swój własny krzyk w głowie.

– No, właśnie. – odezwałem się bezwiednie – a tu co się działo? – Nie wierzę. To miało być to ważne pytanie?

– A, nic w sumie. Zamulałem w chacie. – odparł Paweł próbując podłączyć kabel SCART do przejściówki – Jakiś PE-E-SIK?

– Jasne, dawaj. Biorę Holandię.

– Ależ nie, słuchaj to – coś mu się przypomniało, chociaż nadal mocował się z kablami od szaraka – Wczoraj tuż przed godziną zero wracam z Żabki i stoi na korytarzu ta baba z pierwszego piętra, wiesz ta co zawsze jej unikam, bo mnie zaczepia i nadaje godzinami o zmarłym mężu.

– Ta w niebieskim fartuchu w białe grochy? – naprawdę wyglądała jak ekspedientka ze Społem. Otyła, grubo po pięćdziesiątce o niezbyt miłym wyrazie twarzy. – No i co z nią?

– Miała jakąś fazę. Żeby czasem nie chodzić na wyższe piętra kamienicy. – wreszcie usiadł. Denerwowało mnie, że się tak kręcił. Jak nieznośna mucha w upalny dzień. A teraz jeszcze układał się w fotelu szukając dobrej pozycji. Uniosłem brwi pytająco.

– Co? A po cholerę byśmy tam mieli w ogóle chodzić?

– Nie wiem, ale była jakaś dziwna. Mówiła, że straszy tam, że kogoś zabili czy jaki chuj. Że ona krzyki słyszy w nocy. I policja ma to ponoć w dupie.

– Pss.. – westchnąłem – ja w nocy to słyszę jak cysterna z dostawą paliwa zajeżdża na stację. Wuuuu uuuuu – udawałem niezdarnie odgłos – wuuuuu kurwa, budzi mnie to.

– Wiem stary, mieszkałem w tamtym pokoju. Jest ciężko. To co, gramy?

Zagraliśmy. Jeden mecz, potem drugi, potem chyba jeszcze jeden. Przerżnąłem wszystkie prawie do zera. Nie byłem dobry w PESa. Za każdym razem kiedy wpadali nasi kumple i graliśmy turnieje, szurałem po dnie tabeli. Chociaż potrafiłem nieraz sprawić niespodziankę wygrywając z liderem. Bywało, że inni lekceważyli mnie jako przeciwnika, a wtedy to wykorzystywałem. Wypiliśmy jeszcze po Tatrze i po dość jednoznacznej sugestii mojego współlokatora poszedłem do swojego pokoju. Było już zresztą późno. Pozytywny stan ciała i umysłu wciąż mnie nie opuszczał, dlatego zdjąłem z półki moją ulubioną płytę Massive Attack i włożyłem do odtwarzacza. Puściłem cichutko, żeby mnie nie rozpraszała. Położyłem się na miękkim kocu, którym przykrywałem łóżko i patrzyłem w sufit. Byłem u siebie. Chciałem zacząć powoli się wyłączać, wsłuchać się w „Teardrop”, aby ostatecznie zasnąć pod koniec „Man next door”. Jedna myśl nie dawała mi jednak spokoju i powracała jak melodia kolejnej drzemki o 06.45 rano.

– Nie chodzić na górne piętra kamienicy – wyszeptałem – niby czemu? Co tam może być?

Strasznie nie chciało mi się wstawać. Było przecież tak przyjemnie, ciepło i spokojnie. Jednocześnie, ciekawość wypychała mnie z łóżka. Coraz bardziej przekonujący głos gdzieś głęboko w środku namawiał mnie, żebym sprawdził o czym mówiła ta stara wariatka z piętra niżej. Przecież to nie może być prawda. Straszydła w naszej kamienicy? Właściwie nigdy nie byłem na wyższych piętrach i rzeczywiście nie raz zastanawiałem się czy nie kryje się tam coś interesującego. W końcu budynek mógł mieć nawet ze sto lat, kto wie jakie tajemnice skrywały te zimne mury. Leżałem dalej w bezruchu nie będąc przekonanym czy próbować zasnąć czy może jednak wybrać się na wycieczkę. Nagle poczułem, że drętwieję, znów tracę kontrolę nad ciałem, jakby duch odrywał się od kości i mięśni. Szumiało mi w głowie, łóżko zaczęło kręcić się w kółko, a płyta skończyła grać. Przestraszyłem się, ale nie mogłem wykonać żadnego ruchu. Zakuło mnie w żołądku, w ustach zbierała się ślina. Nie dałem rady jej połknąć, byłem pewien, że zaraz wypluję wszystko na podłogę. Chciałem wstać, usiąść na chwilę i się uspokoić, ale nie wiedziałem jak to zrobić. Zacisnąłem zęby, zamknąłem oczy i starałem się wstrzymać oddech. Zrobić po prostu pauzę i puścić dalej, jakbym próbował naprawić źle zbuforowany film w internecie. Nie wskórałem wiele. A może właśnie zrobiłem to, o co mi chodziło? Nie potrafiłem już tego rozsądzić.

Po kilku chwilach zorientowałem się, że stoję pośrodku pokoju i patrzę na siebie leżącego na łóżku pod oknem. Byłem zdezorientowany, ale przy tym dziwnie spokojny. Tamten się nie ruszał i wyglądał na odprężonego, choć po policzku spływała mu ślina. Patrzył się w przestrzeń oddychając powoli. Odwróciłem się na pięcie w stronę drzwi. Wychodząc nacisnąłem PLAY na odtwarzaczu. Wiszącą w pokoju ciszę przerwały pierwsze takty „Angel”

 

Na wykładzinę w korytarzu nie padał już blask. Mieszkanie spało. U Pawła zgaszona była nawet lampka przy łóżku. Nie zapałałem światła. Wymacałem zimną, mosiężną klamkę i wyszedłem na klatkę schodową. Z dołu jak zawsze ciągnął chłód i zapach stęchlizny. Czułem jak lodowate powietrze omiata mi kostki. Spojrzałem w górę, powiodłem wzrokiem po drewnianej, polakierowanej na bordowo poręczy. Pierwszy stopień na półpiętro zaskrzypiał upiornie.

Niespiesznie ruszyłem w górę. Miałem wrażenie, że robi się coraz zimniej, nos i dłonie traciły temperaturę. W połowie drogi obejrzałem się za siebie. Na klatce było tak ciemno, że nie byłem już w stanie dostrzec drzwi do mieszkania, z którego wyszedłem. Znów zakuło mnie w brzuchu, jakbym dopiero teraz zdał sobie sprawę z tego, że nie tak prędko powrócę do łóżka. Niewidzialna ściana odcinała mnie od drugiego piętra. A może była tam naprawdę, ale zasłaniał ją nieprzenikniony mrok?

Wszedłem w końcu na trzecie piętro. Ze zdziwieniem zauważyłem, że korytarz jest półokrągły, a nie prostokątny jak niżej. Zgadzała się natomiast liczba mieszkań. Jedne drzwi po lewej, drugie pośrodku i trzecie na prawo. Z tym, że te ostatnie były uchylone. Wyglądały na mocno zniszczone, a co dziwniejsze, skrawek mieszkania, który było zza nich widać wydawał się być skąpany w blasku. Jasność nie wydostawała się jednak ani na wycieraczkę, ani na schody prowadzące jeszcze wyżej. Jakby próg tego domu był nieprzekraczalną granicą. Nawet dla światła. Zrobiłem krok w prawą stronę. Podłoga znów zaskrzypiała, poczułem, że włosy stanęły mi dęba, a po plecach spłynęła kropla potu. Pchnąłem stare, brązowe drzwi. Nie wydały żadnego odgłosu. Byłem pewien, że jak tylko przekroczę próg mieszkania, zamkną się za mną z hukiem, jak w filmie z gatunku „The Ring”.

– I jeszcze przekręci się zamek – powiedziałem próbując dodać sobie otuchy. Z moich ust wydostała się para, ale drzwi zostały na swoim miejscu.

W środku było nadzwyczaj jasno, ale nigdzie nie widziałem włączonej lampy. Ba, z sufitu nie zwisała choćby jedna żarówka. W przedpokoju nie było żadnych mebli, nawet szafki na buty. Drzwi do przeciwległego pokoju były otwarte na oścież. Zobaczyłem, że wyposażenie salonu przykryto foliami malarskimi, a podłogę wyściela dywan kurzu. Zrobiłem kilka kroków do przodu zostawiając ślady na białym kobiercu. W dalszym ciągu nie potrafiłem odgadnąć skąd bierze się janość. Było przecież po północy. Pomyślałem przez chwilę, że może księżyc jest dzisiaj w pełni, może akurat nie zasłania go komin z Cegielskiego. Szybko zbeształem się za takie stwierdzenia. Przecież nasza satelita
w żadnym razie nie była w stanie tak oświetlić domu.

Wszedłem do pokoju z meblami. Pachniało tutaj farbami i rozpuszczalnikiem. Jakby ściany były dopiero co malowane. W małym wiaderku, którego omal nie przewróciłem moczyły się pędzle. Przełknąłem ślinę. To w takim razie dlaczego w rogach pod sufitem było tyle pajęczyn? I dlaczego na pożółkłych ścianach wcale nie było śladów świeżej emulsji?

Zrobiło mi się gorąco. Czułem jak mocno się pocę, serce zaczęło bić nadzwyczaj szybko. Coś było nie tak. Poczułem wielkie pragnienie jak najszybszego opuszczenia tego miejsca. Niewyjaśniona jak dotąd jasność biła od szczelnie ofoliowanych okien. Uśmiechnąłem się do siebie. Rozwiązanie zagadki było na wyciągnięcie ręki. Zerwałem folię i omal nie przewróciłem się na podłogę. Policja mogłaby wówczas z łatwością odrysować moje kontury.

Oślepiło mnie słońce. Zrobiło się gorąco jak w bezchmurne, sierpniowe przedpołudnie. Mało tego, przyklejona u góry plastikowa zasłona opadała odkrywszy podłużne, podwójne drzwi balkonowe. Identyczne jak u Pawła w pokoju piętro niżej.

Instynkt kazał mi natychmiast uciekać z powrotem do siebie. Zrobiłem to bez chwili zastanowienia. Ale udało mi się tylko odwrócić plecami do słońca. Znów zamarłem nie mogąc zrobić kroku. Drzwi mieszkania były zamknięte. Podbiegłem do nich i szarpiąc za klamkę próbowałem otworzyć. Nic z tego. Kopanie też na nic się nie zdało. Zresztą i tak otwierały się do środka. Omiotłem przedpokój rozpaczliwym wzrokiem. Gdzieś przecież musiały leżeć klucze!

Przetrząsnąłem stojącą w sąsiednim pomieszczeniu komodę, w pośpiechu otwierałem po kolei wszystkie szufladki kredensu. Miałem wrażenie, że w mieszkaniu kończy się powietrze i jeśli zaraz nie odnajdę kluczyków, uduszę się. Ale wszystkie schowki były puste. Wpadłem w rozpacz. Chciałem krzyczeć, lecz nie byłem w stanie wydobyć z siebie głosu. W szale zerwałem folię z mebli w salonie, wyrywałem szuflady antycznych mebli. Miotałem się po mieszkaniu jak szczur uwięziony w laboratoryjnym labiryncie. Co chwilę wracałem do drzwi z nadzieją, że tak, jak same się zamknęły, tak samo samoczynnie się otworzą. Nie pozwalały mi jednak wyjść. Dysząc z przerażenia podbiegłem do okien w salonie. Jedyną drogą ucieczki był balkon. Bałem się teraz, że i te drzwi nie będą chciały się otworzyć. Zamknąłem oczy i podniosłem klamkę. Nie stawiała oporu.

Wyszedłem na zewnątrz i zaczerpnąłem powietrza. Było bardzo ciepło. Po chwili zerwał się jednak zimny wiatr. Gnieżdżące się w rogach balkonu liście zatańczyły energicznie i wyfrunęły na ulicę.

Spodziewałem się zobaczyć tę zaniedbaną kamienicę stojącą naprzeciwko. Na Klaudyny Potockiej w Poznaniu. Zorientowałem się jednak, że jestem zupełnie gdzieś indziej, ale nie potrafiłem się konkretnie zlokalizować. Z całą pewnością byłem też wyżej niż na trzecim piętrze. Naprzeciw stała piękna, odrestaurowana kamienica z jasnego piaskowca, a w dole szeroką arterią przemieszczały się żółte taksówki. Z chodników wyrastały okazałe drzewa o zielonych liściach, a na końcu ulicy, na samym rogu, młody chłopak sprzedawał gazety. Chwileczkę. Nowy Jork?

Teraz byłem już pewien, że śnię. To z pewnością nie mogło dziać się naprawdę. Uspokoiłem się, utwierdzając się w przekonaniu, że wydarzenia ostatnich minut to tylko wymysł mojej wybujałej wyobraźni. Przekonany, że nic mi nie grozi postanowiłem, że sprawdzę co będzie dalej. Dlaczego nie przyjrzeć się najwspanialszemu miastu świata. Za moment pewnie zadzwoni budzik.

Nagle usłyszałem jednak inny dźwięk. Jakby chrupot. Ułamek sekundy później straciłem równowagę i wraz z podłogą balkonu poleciałem w dół. Ostatkiem rozsądku próbowałem złapać się parapetu okna, ale ten wyślizgnął mi się z rąk.

Lot nie trwał długo, jednak uderzenie zabolało całkiem mocno. Chyba zwichnąłem kostkę. Zdecydowanie tak. Ból był tak wielki, ze nie mogłem prosto stanąć. Oparłem się całym ciałem na lewej nodze i ledwo utrzymałem równowagę.

Wszystko wskazywało na to, że spadłem na sąsiedni balkon. Teoretycznie powinienem znaleźć się przy wejściu do Pawła pokoju. Ku mojemu zdziwieniu, było zupełnie inaczej.

Zanim zacząłem rozpaczliwie walić w szybę drzwi, zorientowałem się, ze znów jest środek nocy. A w dodatku za moimi plecami stoi stara, rozsypująca się kamienica na Łazarzu. Zdawało się, że wszystko wraca do normy. Paweł pewnie się wkurzy, że go budzę, ale wrócę do mieszkania i wszystko będzie w porządku. Nie myślałem już racjonalne. Chciałem tylko jak najszybciej znaleźć się w swoim łóżku.

Po kilku chwilach, firanka w drzwiach drgnęła. Potem zaczęła ruszać się żywiej. Usłyszałem chrzęst metalowego zamka i nieprzyjemne skrzypnięcie. Od kiedy to mieliśmy zamek w tych drzwiach? Skrzydło uchyliło się. Nikt nie się pojawił, nie dosłyszałem też żadnego słowa zaproszenia. Wszedłem do środka i zobaczyłem, że wcale nie jestem tam, gdzie spodziewałem się znaleźć.

Najpierw uderzył mnie w nos słodko-ostry zapach pleśni, aż zakręciło mi się w głowie. W pomieszczeniu było ciemno, w dalszym narożniku pokoju paliła się jedynie świeca. Mój wzrok chwilę przyzwyczajał się do półmroku, a kiedy to się stało, dostrzegłem zarys tapczanu stojącego pod ścianą z prawej strony. Próbowałem sobie przypomnieć jak wyglądało Pawła łóżko, kiedy nagle zdałem sobie sprawę z faktu, że środkiem pokoju idzie, a raczej człapie odwrócona do mnie plecami gruba postać. Przeszył mnie dreszcz. To ona chyba otworzyła mi drzwi. Od ciszy panującej w pomieszczeniu aż piszczało mi w uszach.

– Proszę pani! – powiedziałem łamiącym się głosem – Halo… – powtórzyłem gdy nie zareagowała na pierwsze wezwanie.

Postać zatrzymała się i powoli odwróciła głowę. Wstrzymałem oddech i zrobiłem krok w tył. Próbowałem nie krzyknąć.

Twarz miała nienaturalnie pociągłą i białą jak kartka papieru. Usta stanowiły dwie szare kreski, które rozdziawione ujawniały brak jakichkolwiek zębów. Z dwóch czarnych, zapadniętych oczodołów wypływała ciemnobrunatna krew. Jej stróżki spływając równo po policzkach, łączyły się na podbródku, jak gumka kowbojskiego kapelusza. Rzadkie, czarne włosy nie zakrywały nawet połowy białej czaszki.

Zamarłem czując jak tysiące małych igiełek wbija mi się w plecy, szyję, klatę piersiową, brzuch i nogi. Upiór stał przez chwilę i wpatrywał się we mnie. Chudą jak ołówek ręką chwycił róg granatowego fartucha w grochy i przetarł kącik ust. Kilka sekund później odwrócił się i zniknął w głębi mieszkania.

Musiałem natychmiast wyjść. Ruszyłem do przodu przewracając zostawione na podłodze worki ze śmieciami i inne rupiecie, które stały mi na drodze. Mieszkanie było zagracone do granic możliwości. Śmierdziało w nim dodatku okropnie, znowu czułem, że zaczyna mi brakować powietrza. Kiedy znalazłem się przy drzwiach wyjściowych bałem się spojrzeć za siebie. Położyłem rękę na klamce. I musiałem to zrobić.

Zobaczyłem, małego chłopca leżącego na łóżku w pokoju tuż przy wejściu. Gapił się na mnie nie wypowiedziawszy słowa. Po podłodze walały się jego zabawki. Kilka poprzewracanych samochodzików i lalka w granatowym ubranku w grochy, z wydłubanymi oczami. Chłopiec wyglądał zwyczajnie, raczej nie był upiorem jak postać, którą miałem nieprzyjemność poznać kilka chwil wcześniej w salonie. Patrzyliśmy na siebie kilka sekund. Chłopak nagle przyłożył palec wskazujący do ust i zmarszczył brwi. W tym samym momencie, kątem oka zobaczyłem kobietę z salonu człapiącą długim korytarzem w moją stronę. Jęknąłem przerażony i uciekłem z mieszkania. Zatrzasnąłem za sobą drzwi i natychmiast odbiegłem od nich jak najdalej się dało. Uderzyłem plecami o przeciwległą ścianę klatki schodowej i osunąłem się na podłogę. Znów byłem na trzecim piętrze.

Dyszałem ciężko próbując poukładać sobie w głowie to co właśnie zaszło. Wpatrywałem się tępo w drzwi, które przed chwilą zatrzasnąłem za sobą. Przeniosłem wzrok na klamkę mamrocząc pod nosem: „nie naciskaj jej, nie naciskaj jej”. Miałem nadzieję, że stara kobieta miotająca się po korytarzu nie będzie miała tyle siły. Znów było mi zimno. Czułem jak koszulka przykleja mi się do mokrych pleców, jak wilgotnieją mi dłonie, a wzdłuż skroni spływa pot. Otarłem się rękawem bluzy i próbowałem uspokoić.

Było jasne, że dzieje się coś nienormalnego. Po pierwsze nie byłem już pewien czy zasnąłem w końcu przy Massive Attack. Wtedy przynajmniej wiedziałbym, że to wszystko nie dzieje się naprawdę. Ale równie dobrze mogłem rzeczywiście wyjść z mieszkania na drugim piętrze. Po za tym nie mogłem wykluczyć, że trawa, którą paliłem była maczana w kwasie i dlatego wydaje mi się, że widzę upiory, a tymczasem siedzę w swoim pokoju i gapię się ścianę. Starałem się przekonać samego siebie do pierwszej wersji wydarzeń. Nie było przecież racjonalnego wytłumaczenia na to, że żywy trup wpuścił mnie do mieszkania przez balkon na który spadłem z tego samego piętra. Nie, to nie miało najmniejszego sensu.

– Wstawaj! – krzyknął na mnie głos w środku mojej głowy aż cały drgnąłem – Natychmiast… – usłyszałem swój własny szept. Z ust znowu wydobywała się para. Automatycznie podniosłem się z podłogi. – Pora wracać do domu.

Jakby sterowany zewnętrzną siłą, ruszyłem na czwarte piętro.
Korytarz wyglądał podobnie do poprzedniego poziomu. Półokrągły, z trzema parami drzwi wejściowych do mieszkań. Było cicho, zimny wiatr znów nieprzyjemnie omiatał kostki i dłonie. Spróbowałem zapalić światło, ale włącznik tylko klikał z echem. Żarówka musiała być przepalona. Dopiero po chwili zauważyłem, że drzwi środkowego apartamentu są wyrwane z zawiasów, a z miejsca, w którym kiedyś znajdował się zamek, sterczały poszarpane kawałki drewna i drzazgi. Wyglądało jakby ktoś potraktował skrzydło siekierą. Tuż przy krawędzi podłogi, po prawej stronie futryny było coś napisane. Podszedłem bliżej żeby to sprawdzić.

Napis zdawał się być namazany palcem umoczonym w farbie. Albo, na co wskazywała barwa – krwi.

-193813 Allegro NIE KUPOWAĆ

Numer miał być końcówką numeru akcji? Dlaczego ktoś miałby zostawiać takie ostrzeżenie? Ukucnąłem naprzeciw napisu i zacząłem bacznie mu się przyglądać. Ciekawiło mnie czy jest świeży i czy naprawdę jest nabazgrany krwią. Wyciągnąłem rękę w stronę ściany. Serce waliło mi jak młotem, przez głowę przelatywały mi dziesiątki myśli, a najgłośniejsza była taka żeby dać sobie spokój i biec na dół. Zagłuszyłem ją jednak i dotknąłem litery A. Substancja była ciepła. Przełknąłem ślinę i zbliżyłem umazane palce do nosa. Już miałem zaczerpnąć powietrza, gdy nagle usłyszałem, że otwierają się drzwi mieszkania z prawej strony. Stanąłem na równe nogi omal nie tracąc równowagi. Zakuła mnie kostka.

Najpierw usłyszałem głos młodej kobiety. Sekundę później zobaczyłem trzy osoby. Wysoką blondynkę na szpilkach i szarej garsonce, oraz parę starszych osób. Na pierwszy rzut oka – małżeństwo. Pan w moherowym berecie i brązowym swetrze z lat osiemdziesiątych, pani w czarnym, staromodnym płaszczu. Z lewej strony miała przypiętą bursztynową broszkę. Spojrzałem pytająco na tę trójkę, blondynka była chyba równie zdziwiona jak ja. Poprzednią wypowiedź, której nie słyszałem przerwała najwyraźniej w pół zdania. Starszy mężczyzna udawał, że mnie nie widzi, natomiast małżonka świdrowała mnie wzrokiem.

– Nie radziłabym – przerwała w końcu ciszę młoda kobieta, zauważając, że stoję przy wyłamanych drzwiach. – Lepiej tam nie wchodzić. Właśnie skończyłam oprowadzać tych państwa, po pięknym mieszkaniu – odwróciła głowę w kierunku, wejścia, w którym się pojawili – Chciałby pan je obejrzeć?

– My je weźmiemy – wtrąciła się starsza pani cedząc słowa – Jest nasze.

– O! – uśmiechnęła się agentka nieruchomości. Oczy zaświeciły się jej jakby trafiła jackpota – W takim razie, zejdźmy do naszego biura, podpiszemy umowę.

Ruszyła w stronę schodów, a starsi państwo ociężale i z trudem podążyli za jej zwinnymi, bezgłośnymi krokami. Zostawiała za sobą piękny zapach owocowych perfum, który otulił mnie kiedy znów zostałem sam na piętrze. Skrzypienie schodów uginających się pod ciężkimi stopami staruszków słyszałem jeszcze przez kilka chwil. W końcu wszystko ucichło, a ja miałem ogromną ochotę wejść do mieszkania z wyłamanymi drzwiami.W porównaniu do poprzedniego lokum, w tym nie cuchnęło. Choć nieporządek panował niemiłosierny. Korytarz zawalony był różnego rodzaju rupieciami, starymi, zniszczonymi meblami i artykułami domowymi. Prawie potknąłem się o przewrócony taboret obłożony starymi gazetami. Wszystko pokryte było grubą warstwą kurzu i brudu, a z narożników ścian zwisały czarne pajęczyny. Stanąłem w bezruchu kiedy poczułem, że z pokoju po lewej stronie wyraźnie bije ciepło, a na podłogę pada przytulny, migoczący blask. Zupełnie jakby paliły się wewnątrz dziesiątki świec. Skręciłem w stronę światła i jak się okazało, tym razem nie byłem w błędzie.

Pomieszczenie niemal w całości wypełnione było świecami. Zajmowały praktycznie całą powierzchnię podłogi. Ktoś musiał zadać sobie dużo trudu by wszystkie je zapalić. Jak się okazało chwilę później, nie stały tylko na ziemi. Na parapecie za poszarpaną firanką, na podłodze, na starej, lecz zachowanej w dobrym stanie toaletce, na komodzie i stoliku kawowym pośrodku. Omiatając wzrokiem ten dość niespodziewany, w tak zrujnowanym mieszkaniu widok, dopiero w tym momencie zobaczyłem, że pod moimi stopami znajduje się kolejny napis. Cofnąłem się pół kroku i odczytałem:

6

AVE

6 SATAN 6

Powinienem wrzasnąć i zerwać się do ucieczki. Powiedziałem sobie jednak, że nie będę robił nic gwałtownego. Wycofam się z tego pomieszczenia, wrócę na klatkę schodową i ruszę na dół do siebie. Jeszcze zdążę dogonić tę parę staruszków. Miałem już dosyć tej pogmatwanej historii. Nadszedł czas by się zresztą obudzić. Ten sen przestawał mnie już intrygować, a zaczął coraz bardziej przerażać. Odwróciłem się zatem niespiesznie i już miałem zrobić krok naprzód, kiedy zastygłem w bezruchu widząc swoje odbicie w pięknie zdobionym, kutym lustrze, które nie wiadomo w jaki sposób znalazło się teraz w progu pokoju.

Kolejny raz tego wieczora przeraźliwy krzyk utknął mi w gardle. W czarnej, stalowej ramie odbijałem się nie tylko ja. Tuż za moimi plecami stała kobieta z mieszkania piętro niżej. Wyciągnęła w moją stronę białą jak kartka papieru rękę i bezgłośnie przybliżyła twarz do mojego ramienia. Poczułem okropny chłód i odór rozkładających się zwłok. Zyskałem też pewność, że krew wypływająca z jej oczodołów nie jest przewidzeniem. Krople odrywające się z jej podbródka z echem uderzały o cholewkę mojego prawego buta. Czułem jak gęsta ciecz przesiąka przez skarpetkę i zrobiło mi się niedobrze.

Wiedziałem, że mam niewiele czasu. Momentalnie ruszyłem w stronę wyjścia z mieszkania przewracając z hukiem upiorne lustro. Po pierwszych trzech, albo czterech krokach dostrzegłem, że tuż za drewnianym przepierzeniem, w narożniku stoi długi, metalowy stojak na kurtki. Mijając go, zdołałem zahaczyć piętą jego dolną część i wywrócić w ten sposób, by zablokował upiorowi drogę. Sekundę później omal sam nie padłem na śliską podłogę kiedy stąpnąłem na prawdą nogę. Zwichnięta kostka momentalnie dała o sobie znać. Na szczęście zdołałem utrzymać równowagę i wydostać się z mieszkania. Nie potrafię wyjaśnić dlaczego instynktownie pobiegłem jeszcze wyżej. Myślałem, że na kolejne piętro. Tymczasem okazało się, że wybiegłem na dach kamienicy.

Również tym razem, moim oczom ukazał się widok jakiego nie mogłem się spodziewać. Znów oślepiło mnie słońce i musiałem zasłonić oczy. Rozciągał się przede mną piękny widok panoramy całego miasta. Od razu rozpoznałem Ratusz, Collegium Altum, Andersię i rząd wieżowców przy Św. Marcinie. Był środek dnia, a sądząc po poziomie hałasu i innych odgłosach dochodzących z dołu, był to dzień pracujący. Poniedziałek, środa? Właściwie, jaki był dzisiaj dzień? Przystanąłem oniemiały. Nie wiedziałem, że Poznań może wyglądać tak interesująco.

Zgodnie z topografią miasta, którą znałem bardzo dobrze, taki obraz powinienem widzieć patrząc na północny wschód. Tym czasem, wszystko było na odwrót, bo całe Stare Miasto znajdowało się teraz na południu. A po przeciwnej zaś stronie-

Przeciwległa krawędź dachu kamienicy przy Potockiej była brzegiem jeziora. Zobaczyłem przed sobą grupę rozweselonych plażowiczów. Pod słomkowymi parasolami beach baru, za konsoletą stał DJ, który ku uciesze podskakujących w bikini dziewczyn puszczał popularne, radiowe hity. Scena przypominała letnią reklamę imprezowego piwa z tequilą. Na pierwszym planie gromadka młodych, pięknych ludzi, w tle mini port jachtowy ze stukającymi o siebie masztami wybijającymi rytm beztroskiej zabawy. Z dala od problemów pierwszego świata. „Kto bierze otwieracz do piwa na imprezę? Zobacz śliczna, wystarczy odkręcić!”

Tuż przy brzegu, który nadal był dachem tej przeklętej kamienicy, kilkanaście metrów na wprost ode mnie, spomiędzy kominów i płacht położonej niedbale papy, wyrastała miniaturowa latania morska. Była wysokości człowieka i wyglądała na solidną konstrukcję. Na jej szczycie, którego dosięgnąć można ręką, w przeźroczystej, szklanej obudowie znajdowała się stara, klasyczna żarówka. Cokół budowli okupowały dwie szczupłe i piękne kobiety. Z lewej strony brunetka, z prawej blondynka. Obie tańczyły zmysłowo, ocierając się o podstawę latarni jak o rurę w klubie go go.

Chciałem rzucić na nie okiem dosłownie na chwilę, ale nim się zorientowałem, zamazało mi się całe otoczenie. Przestałem widzieć i słyszeć ludzi bawiących się na plaży. Śmiech, muzyka, brzęk szkła, udawana migawka aparatu smartfona. Dźwięki te zlały mi się w jeden, nieszkodliwy szum, który nie był w stanie zaburzyć odbioru tańczących przy latarni dziewczyn. Nie mrugałem, nie oddychałem nie zwracałem uwagi na nic innego.

Widziałem tylko jak zbliżają się do siebie, oddalają i wyginają w erotycznych pozach. Wcale nie były rozebrane, ale odkryte w subtelny sposób miejsca ich nieskazitelnych, młodych ciał dały mojej wyobraźni znakomitą okazję do kreacji. Podziwiałem piersi, długie, opadające na dekolt włosy, delikatnie podkreślone usta, ogromne, żywe i pełne głębi oczy, których zachęcające spojrzenie wciągało jak prąd oceanu. Coraz głębiej i dalej od brzegu, od hałasu, materii i ciężaru, trudu i zmęczenia, a w końcu i od moralności i resztek rozsądku. Dach kamienicy zakręcił się, tłum zniknął na dobre, a ja czułem się świetnie. Ciała dwóch pięknych niewiast rozpłynęły się w powietrzu, a przede mną unosił się ich duch. Nieskazitelny i czysty. Poczułem, że nie ma między nami żadnego dystansu, w ciągu tych kilku chwil zbliżyliśmy się do siebie jak para, przyjaźniąca się ze sobą od lat. Miałem wrażenie, że wiem o nich wszystko. One także widziały mnie nagiego na wskroś. Bezkres błękitu pochłonął mnie doszczętnie. Płynąłem lekko wśród ciepłych myśli zatracając poczucie czasu, przestrzeni i fizycznego bytu.

Nagle silny podmuch wiatru uderzył mnie w twarz. W jednej sekundzie, wszystkie zmysły wyrwały się z otępienia. Stałem na skraju przepaści, na szczycie kamiennej grani. Spojrzałem w dół i spostrzegłem czerwone odciski owinięte dookoła moich nóg. Jeszcze przed chwilą, kostki musiałem mieć oplecione miałem liną, której drugi koniec przywiązano do iglastego drzewa dumnie stojącego na miejscu latarni. Węzeł puścił, a sznur jak nitka mokrego makaronu ześlizgnął się w dół łaskocząc mnie w łydkę. Spodziewałem się, że zahaczy mnie jednak w ostatniej chwili, jak ognisty bicz Balroga. Napiąłem się cały w oczekiwaniu na uwiązanie płonącym pętem. Czułem, że takie jest moje przeznaczenie. A może spłatać losowi figla?Wystarczy podskoczyć. Zrobić jeden mały krok naprzód. Można też nie robić nic, rozłożyć ręce i dać się ponieść zrywającym się podmuchom wiatru. Tak jednak będzie łatwiej. To nie będzie moja decyzja. Czuję jak niewidzialna ręka delikatnie i z gracją popycha mnie do przodu. Ktoś chce żebym rzucił się w otchłań. Będąc w pełnej świadomości otaczającej mnie dookoła pustej przestrzeni, czuję wolność i lekkość, nie strach i osaczenie. Zamykam oczy i rozkładam ręce – wracaj po mnie Demonie Mocy.

Odwracam głowę. Jeśli mam za chwilę roztrzaskać się o ziemię, niech one będą moim ostatnim widokiem. Dziewczyny tańczą zmysłowo przy drzewie. Ich usta, piersi i nogi wirują ocierając się niemal o siebie, ani razu się jednak nie dotykają. Nazywam je ogniem i wodą, przeciwieństwami, które teraz coś ciągnie do siebie, lecz wyhamowuje w ostatnim momencie, bo połączenie zabiłoby obie. Uśmiecham się czując na sobie porażającą moc endorfin, pożądania i podniecenia.

One nie spuszczają ze mnie wzroku, ja też nie mogę przestać patrzeć. Czy są kochankami? Jak mogą smakować? Jak pachną? Rozbieram je w myślach i każę się całować, a później dotykać. Niech połączą się wreszcie by na moment osiągnąć szczyt, a finalnie zniknąć w kłębach gorącej pary. Taki widocznie czeka je los. Ja też czekam jedynie na egzekucję wyroku, a jeśli nie warto walczyć z tym co nieuniknione to nie ma nic złego w skorzystaniu z okazji. Zaspokoiwszy się, dziewczyny rzucają się na mnie. Zapadam się w miękką pościel ogromnego łóżka. Tracę czucie najpierw w nogach, potem rękach. Piękności oplatają mnie jak bluszcz. Początkowo nieprzyjemne kłucie żołądka i dziwny posmak w ustach stają się miłe i odprężające. Nie protestuję gdy zdzierają ze mnie ubranie, kiedy pocałunki przestają być jedynie muśnięciami pełnych, zachłannych warg, ale zostawiają krwawe odciski na mojej skórze. Nie mogę się ruszyć, lecz przecież wcale nie chcę. Umysł jeszcze walczy, ale ciało nie reaguje już na rozkazy. Milcząco zgadzam się na wszystko. Krew odpływa mi z dłoni i stóp.

Otworzyłem oczy, kiedy poczułem, że ktoś złapał mnie za kaptur bluzy i odciągnął od krawędzi nabrzeża. Widziałem przed sobą jedynie czarną, nieprzeniknioną otchłań falującej portowej wody. Rozwarłem szeroko usta łapczywie czerpiąc powietrze. Uniosłem ręce do góry i machałem, jakbym topiąc się chciał zwrócić uwagę ratownika. Spróbowałem złapać równowagę, ale mogłem ustać. Odruchowo kucnąłem. Gdy poczułem, że nie grozi mi wpadnięcie do wody, mięśnie puściły. Przewróciłem się na plecy i z uczuciem ogromnej ulgi opadłem na twarde podłoże. Oślepiło mnie słońce, ale chwilę później jasne promienie przysłonił mi mężczyzna, który ciągnął mnie za kaptur.

Wyglądał na czterdziestolatka z bujnym, ciemnym zarostem. Miał na sobie, marynarski tshirt w poprzeczne, biało-niebieskie pasy i szarą kurtkę. Tego samego koloru, długie włosy opadały mu na ramiona. Kiedy pochylił się nade mną, dostrzegłem jeszcze bliznę ciągnącą się od lewego ucha aż do ust. Przypominała rów melioracyjny, ale przecinkę gęstego lasu.

– Zabieram cię stąd chłopcze – wyciągał w moją stronę pokryte tatuażami ręce. Dopiero teraz dotarło do mnie, że znalazłem się w centrum uwagi wszystkich pozostałych. Plażowicze wrócili.

W okół mnie uformowało się kółeczko ciekawskich. Muzyka ucichła, słyszałem tylko skwir mew i zlepek szeptów otaczających mnie gapiów. Facet, któremu zawdzięczałem życie prowadził mnie teraz za fraki jak przestępcę. Ludzie rozstąpili się przed nim umożliwiając nam przejście. Zorientowałem się, że schodzimy z dachu. Na krawędzi schodów próbowałem jeszcze obejrzeć się za siebie i zobaczyć czy dziewczyny prężą się nadal przy latarni, ale mężczyzna widząc na co się silę, szarpnął mnie jeszcze mocniej i popchnął w dół stopni. Syknąłem z bólu nastąpiwszy na próg.

Znów znalazłem się na piętrze kamienicy. Kolejny raz z trzema wejściami do mieszkań. Nie zmieniło się także to, że z dołu ciągnął zimny wiatr, a po prażącym słońcu nie było śladu. Panująca wokół cisza aż kuła w uszy. Zacząłem się bać. Jeszcze bardziej niż przedtem, bo tym razem znajdowałem się w sytuacji, w której ktoś obcy miał nade mną kontrolę.

– Jestem egzorcystą. – odezwał się mężczyzna. Nadal mnie trzymał. – Opętał cię demon. Pamiętasz coś? Jak się nazywasz?

– Która godzina? – Miałem w głowie dziesiątki pytań, a to przyszło mi na myśl jako pierwsze.

– Dwudziesta trzecia dwadzieścia – odparł mężczyzna nie patrząc na zegarek. Tak naprawdę nawet go nie miał. – Wiem, że głowa aż huczy ci od pytań. Tam na dachu… on kazał ci skoczyć?

– Widziałem dwie śliczne dziewczyny przy latarni morskiej. I nagle, ocknąłem się na skraju nabrzeża.

– Zabiorę cię do mnie. Postaram się wygnać tego demona. Potem wrócisz skąd przyszedłeś. – oświadczył i zaciągnął mnie pod drzwi jednego z mieszkań. Ruszyłem bardzo niechętnie. – Wiem, że byłeś pod 193813.

Kiwnąłem głową i dałem się zaprowadzić do środka.

W mieszkaniu pachniało żywicą i lekarstwami, trochę jak w starej aptece. Wydało mi się to kojące i poczułem się spokojniejszy. Mężczyzna zaprowadził mnie do pustego pokoju, w którym jedynym meblem było stalowe, szpitalne łóżko nakryte prześcieradłem. Spojrzałem na niego pytająco, a ten potwierdził moje obawy. Kazał mi się rozebrać i położyć.

W pokoju była jeszcze kobieta. Na oko dziesięć lat młodsza od mężczyzny,z którym przyszedłem. Pomyślałem, że jest jego asystentką, a może i kimś więcej.

Kiedy się położyłem, facet pochylił się nade mną i zaczął czytać coś z małej książeczki, którą trzymał w ręce. Miałem podobną kiedy przygotowywałem się do Pierwszej Komunii Świętej. Facet recytował coraz głośniej i spoglądał na mnie co kilka chwil, upewniając się, że jestem jeszcze pełen świadomości. W pewnym momencie, do pokoju weszła kobieta z miseczką pełną maści o intensywnym, świerkowym zapachu. Uklęknęła przy ramie łóżka i zaczęła wcierać mi to lekarstwo. Rozpoczęła od dłoni i stopniowo przesuwała się coraz wyżej. Miała ciepłe i delikatne ręce. W pomieszczeniu panował półmrok, więc nie mogłem dostrzec szczegółów jej twarzy, ale wydawało mi się, że jest bardzo ładna. Smarowała mnie coraz intensywniej, facet krzyczał coraz głośniej, a ja zacząłem coraz bardziej przekonywać się, że pielęgniarka wygląda identycznie jak brunetka tańcząca przy latarni na górze.

Zaczynałem się pocić. Byłem całkowicie bezbronny, a maść sprawiała, że czułem się otumaniony. Dawałem się właśnie dotykać kobiecie, przez którą omal przed chwilą nie zginąłem, a obcy mężczyzna odprawiał nade mną egzorcyzm. Sytuacja była fatalna i musiałem chociaż spróbować uciec. Zebrałem w sobie resztki sił i chciałem wstać, ale nie mogłem nawet podnieść głowy. Oprócz świerku czułem jeszcze eukaliptus i mentol. Wciągnąłem powietrze i oczy wypełniły mi się łzami. Znów nie czułem swojego ciała, miałem wrażenie, że unoszę się nad łóżkiem. Tajemnicza kobieta podniosła się nagle i odeszła. Egzorcysta przekładał właśnie ostatnią kartkę oprawionej w czarną skórę książeczki. Skrzypnęły drzwi pokoju. Spojrzałem tylko w ich stronę, bo ruszyć się nie byłem w stanie. Zobaczyłem, że do środka weszły dwie dziewczyny. Tym razem miałem pewność, że to były diablice z dachu. Obie uśmiechały się zalotnie zaglądając mi głęboko w oczy. Zbliżyły się do łóżka. Byłem pewien, że tylko ja je widzę, bo mężczyzna w ogóle nie zwrócił na nie uwagi. Ton jego głosu wyraźnie wskazywał na to, że zbliża się do końca odczytu. Zmarszczył brwi. Jego źrenice płonęły.

Brunetka pogłaskała mnie po twarzy. Dłoń miała zimną jak lód, z nosa buchała jej para. Nachyliła się nade mną i pocałowała mnie w usta. Miała gorzki język który próbowała włożyć mi do gardła. Chciałem się bronić, ale nie miałem najmniejszych szans.

Druga dziewczyna usiadła na mnie okrakiem. Nie wiedzieć czemu była ciepła. Miałem zdrętwiałe kończymy, próbowałem ją strząsnąć, ale trzymała się mocno moich bioder. Czułem się podobnie jak wcześniej, na dachu, tyle tylko, że tym razem nie chciałem się poddać. Nie chciałem mieć z tymi dwiema kobietami do czynienia. Skarciłem się w myślach za lubieżne fantazje, które z taką przyjemnością układałem sobie wcześniej w głowie. Walczyłem o życie jak tylko mogłem, wierzgałem jak świąteczny karp wrzucony do plastikowej torebki. Powoli drętwiał mi język, miałem wrażenie, że zamarza mi także reszta twarzy. Na dole z kolei było mi gorąco. Żar palił brzuch, jakby ktoś oblewał mnie roztopionym woskiem. Dłonie drugiej dziewczyny znaczyły moją skórę żywym ogniem. Z każdą sekundą były coraz gorętsze. Nie mogłem nawet krzyknąć. Spodni nie miałem na sobie już od początku, ale dopiero teraz zdałem sobie sprawę jak bezbronny jestem naprawdę.

Siedząca na mnie dziewczyna wreszcie oderwała ręce od mojego brzucha. Dłonie miały już temperaturę ustawionego na pełną moc żelazka. Poczułem przeszywający i palący ból sparzonej, odrywającej się płatami skóry. Katująca mnie dziewczyna chyba zdała sobie sprawę, że więcej już nie zniosę, ale torturowanie mnie musiało przynosić jej satysfakcję. Uniosła się i chwyciła moje jądra jakby ważyła sakiewkę pełną monet. Spojrzała na mnie z rubasznym uśmiechem i ścisnęła z całej siły.

Obudziło mnie słońce. Zanim jeszcze otworzyłem oczy, zorientowałem się, że mam całą spuchniętą twarz. Szczególnie lewą stronę, zupełnie jak od zepsutego zęba. Spróbowałem ugryźć się w policzek od środka. Nie zabolało. Mam czucie w rękach i nogach. Dotykam się pośpiesznie by sprawdzić czy wszystko jest na swoim miejscu. Oddycham z ulgą kiedy upewniam się, że tak. Uśmiecham się do siebie. Cóż to był za chory sen.

Wzdrygam się przerażony. Owszem, mam wszystko na miejscu, ale pierwsze co widzę po przebudzeniu to egzorcysta ze snu. Znów pochyla się nade mną, w ręku trzyma urządzenie do utwardzania plomb dentystycznych. Krzyczę, ale nie słyszę własnego głosu.

Zrywam się łóżka i biegnę do łazienki. Jeszcze sekunda i zwymiotuję. Nie myślę nawet gdzie biec, nie zastanawiam się skąd u licha wiem gdzie jest łazienka w mieszkaniu, w którym nigdy nie byłem.

Ciągnę za klamkę, ale drzwi się nie otwierają. Szarpię coraz mocniej, ale nadal, nic to nie daje. Ze środka słyszę za to damski głos i szum lejącej się wody.

– Zajęte!

Dławię się już wymiocinami, a nie wiedzieć czemu, tak bronię się przed zapaskudzeniem korytarza. Zmieniam kierunek i biegnę do kuchni. W uszach czuję narastający pisk i mam wrażenie, że za moment eksplodują mi bębenki. W ostatniej chwili dobiegam do zlewu pełnego brudnych naczyń. Tutaj już mogę. Otwieram usta i zamykam oczy. Czuję jakbym zdjął wypakowany kamieniami plecak po wejściu na szczyt wysokiej góry.

– Dajesz, wyrzygaj się! – usłyszałem głos Pawła i poczułem, że ktoś trzyma mnie za głowę. – przez najbliższy tydzień nie jarasz mojej trawy! – dodał odkładając puszkę piwa na brzeg umywalki. – Tego też już więcej nie tykasz. Przynajmniej dziś.

Oddychałem ciężko dysząc z wysiłku. Potwornie bolał mnie brzuch, po plecach spływały długie strużki potu. Na zimnej posadzce łazienki odmalowywały się ciepłe ślady moich kolan.

– To już wszystko? – nie czekał na moją odpowiedź – Cholera, człowieku, Bogu dziękuj, że mi się lać zachciało. Byś się własnymi rzygami zadławił w tym łóżku!