Dziewczyna

Było chyba koło południa. Mój zegarek już dawno przestał chodzić, nosiłem go zresztą już tylko z przyzwyczajenia. Prawdopodobnie też, po to by wciąż pamiętać, że kiedyś istniał inny, bardziej poukładany świat. Zanim wybuchła ta straszliwa epidemia. Śmieszne, że po naszej wspaniałej cywilizacji zostały tylko takie drobiazgi. Jednak to nie kieszonkowe komputery i wieżowce ze stali i szkła stanowiły o potędze człowieka na Ziemi. Czas znów nauczyliśmy się odmierzać obserwując przesuwające się po niebie Słońce. Wróciliśmy do natury.

Nadchodził kres mojej wytrzymałości. W wilgotnym namiocie nie było już czym oddychać. Dałem sobie jeszcze kilka chwil. Po za tym i tak zbliżała się pora mojego obchodu. Rozchyliłem brudną, śmierdzącą, brezentową płachtę zawieszoną nad wejściem i wyszedłem na zewnątrz. Było pochmurno i nieprzyjemnie, ale i tak lepiej niż w środku. Powietrze praktycznie stało w miejscu, a wokół panowała głucha cisza. Przez ostatnie miesiące zdążyłem się już do tego przyzwyczaić. Pamiętam, że na początku okropnie piszczało mi w uszach. Rozejrzałem się dookoła i podobnie jak przez ostatnie kilkadziesiąt dni, w promieniu kilkuset metrów nie zobaczyłem nikogo. Piaszczysta, wijąca się wzdłuż pobliskiego lasu droga była przeraźliwie pusta.

Odwróciłem się i skierowałem w stronę południowej granicy obozu. Trzeba było sprawdzić stan ogrodzenia, a w razie wykrycia jakichkolwiek dziur, natychmiast je załatać. Drzwi starej, żółto-pomarańczowej przyczepy kempingowej, którą zajmował szef naszej grupy były zamknięte. Łukasz pewnie spał. Splunąłem na ziemię i ruszyłem w stronę płotu.

Kilka chwil później, niejednokrotnie grzęznąc w błocie doszedłem do metalowej, kwasoodpornej liny, rozciągniętej na drewnianych słupkach półtora metra nad ziemią. Po przywieszaliśmy do niej metalowe puszki po konserwach, szklane butelki i inne kawałki metalu, które znaleźliśmy gdzieś przy okazji. Hałas, wywołany przez zaplątujące się w linkę potwory miał dać nam wyraźny sygnał ostrzegawczy.

Na środku odcinka który sprawdzałem siedział mały ptaszek, którego nazwy nikt z nas już nie pamiętał. Udało nam się go oswoić, traktowaliśmy go jak członka grupy. Założyliśmy mu na główkę gumową maskę w kształcie orlego łba, którą znaleźliśmy w porzuconym domu, kilkanaście kilometrów stąd. Taka dodatkowa ochrona przed monstrami. Orzeł rozpoznał mnie kiedy poszedłem bliżej, przechylił łepek i zaświergotał.

Wzmógł się wiatr, z nieba spadały pierwsze dziś krople deszczu. Lina zaczęła chybotać się w górę i dół, a przyczepione doń przedmioty nieznośnie dzwonić. Ten odgłos zawsze oznaczał niebezpieczeństwo. Wytężyłem wzrok lustrując intensywnie granicę lasu. Dla pewności sięgnąłem po lornetkę i jeszcze raz przypatrywałem się uważnie terenowi wokół. Nie zarejestrowałem niczego podejrzanego.

Wyglądało więc na to, że puszczał naciąg liny. Chwyciłem ją, żeby uspokoić jej ruch i uciszyć butelki. W tym samym momencie, nasz orzeł próbował wzbić się do lotu. Oderwał nóżki od metalowych zwojów, ale zamiast polecieć w górę ześlizgnął się w dół. Spadając zahaczył dziobem o usztywnioną przeze mnie linkę, która jak brzytwa przecięła mu gardło. Z rozdartej szyi trysnęła krew. Zamarłem. Jakby w zwolnionym tempie zobaczyłem jak z silikonowej maski wypada na trawę główka małego ptaszka. Stałem nieruchomo ze wzrokiem utkwionym w wykrwawiającym się zwierzęciu. Głos z tylu głowy szeptał mi wprost do ucha: „Zabiłeś go. To ty naciągnąłeś linę.”.

W tym samym momencie zwolniłem uścisk i metalowy zwój spadł na ziemię, na całej długości ogrodzenia. Brzęk metalowych puszek odbijał się teraz echem w mojej głowie, jak piłeczka pingpongowa w małym metalowym pudełku. „To ty go zabiłeś. Masz krew na rękach, zobacz co zrobiłeś…”. Chciałem się cofnąć ale nogi ugrzęzły mi w błocie. Z przerażeniem oglądałem swoje zakrwawione dłonie. Musiałem natychmiast ochłonąć i zacząć myśleć racjonalnie.

Spostrzegłem, że nagle zrobiło się ciemno, jakby zbierało się na burzę. Mżawka z każdą sekundą przeradzała się w coraz intensywniejsze opady. W pierwszych chwilach myślałem, że to znowu ten ciepły, kwaśny deszcz. Myliłem się jednak. Z nieba spadały nie krople wody, ale krwi.

– Co tu się dzieje do ciężkiej cholery – wyszeptałem do siebie drżącym głosem.

Krwawy deszcz padał mi już na głowę. Podciągnąłem kurtkę, by nie posklejało mi włosów, ale niewiele to dało. Trzeba było powiadomić pozostałych.

Zanim zdążyłem przebiec kilkanaście metrów dzielące mnie od przyczepy, wyglądałem już jak rzeźnik. Poczułem w ustach słodko-metaliczny smak ciepłej cieczy. Zrobiło mi się niedobrze, ale musiałem ją przełknąć. Zakręciło mi się w głowie. Musiałem zatrzymać się na chwilę i zamknąć oczy, żeby się nie przewrócić. Oparłem się o ścianę jednego z baraków. Odetchnąłem głębiej kilka razy i znów otworzyłem oczy.

Orientuję się, że cały obóz jest pełen człapiących leniwie zombie. Potwory są wszędzie i mam pojęcia skąd nagle się pojawiły. Serce podchodzi mi do gardła. Wykrzykuję imiona moich współtowarzyszy, ale nikt nie odpowiada. Drzwi przyczepy są nadal zamknięte, a sąsiedni barak ma zasłonięte okna. Muszę dostać się do swojego namiotu.

Wymijam kilka żądnych krwi żywych trupów. Przeraża mnie ich wycie. Dodatkowo, od jakiegoś czasu zrobiły się zwinniejsze niż wcześniej. Już nie tak łatwo można się im wywinąć. Cudem unikając ugryzienia, ślizgiem po mokrej trawie, wpadam prosto na swój materac. Sufit namiotu zaczyna przesiąkać padająca z nieba krwią. W środku jeszcze bardziej śmierdzi stęchlizną. Mam wrażenie, że wyostrzyły mi się zmysły. Lepiej widzę i czuję, mam szybsze reakcje. Albo to adrenalina, albo… nie mam czasu na rozmyślania.

Przetrząsam swoje rzeczy. Oprócz wbitego w ziemię noża nie znajduję żadnej broni. Nerwowo przerzucam walające się dookoła szmaty, szukając czegoś by otrzeć głowę i oczy. Nie mogę znieść obecności krwi na moich włosach.

Wreszcie znajduję różową chustę w kwiaty i zawiązuję ją sobie na głowie jak bandanę. Chcę wyjść i walczyć. Muszę obronić obóz. Zbyt długo cierpieliśmy tułając się po całym województwie, zbyt wielu naszych zginęło zanim dotarliśmy tutaj. Tylko gdzie jest Łukasz? Dlaczego nikt nie odpowiedział na mój krzyk? Dlaczego nikt nic nie robi?

Opanowuje mnie potworny strach. Jestem w tym momencie zdany tylko na siebie, a z jednym nożem nie dam rady ukatrupić więcej niż trzech, może czterech nieumarłych. Biegnąc do namiotu naliczyłem ich co najmniej dwa tuziny. Słyszę ich dookoła. Jak sapiąc i jęcząc bezmyślnie szukają jedzenia. Żywej, ciepłej tkanki. Świeżej krwi. Cała konstrukcja namiotu zaczyna się przechylać do przodu i do tyłu. Potwory zaczynają napierać. Niektóre potykają się o linki wyciągając śledzie. Słyszę dźwięk wyrywanej z korzeniami trawy. Chwytam za rękojeść i wydobywam z ziemi nóż. Jestem śmiertelnie przerażony i powinienem teraz działać instynktownie, bez zastanowienia walczyć o życie. Ale nie wiem co robić, panikuję. Podkurczam nogi i siedzę teraz z kolanami pod brodą, z nożem w lewej ręce. Zamykam oczy i czekam na najgorsze. Tuż przy wejściu do namiotu rozlega się ryk nieumarłego. Czuję odór jego oddechu. Zaciskam mocniej powieki jakby miało to w czymkolwiek pomóc. Besztam się w myślach za swoje tchórzostwo.

Nagle słyszę niedaleko za sobą pisk hamujących samochodów. Otwieram oczy i nasłuchuję z niedowierzaniem. Trzaskają drzwi aut. Osiem razy. Kilka sekund później odzywa się seria z karabinu maszynowego. Teraz boję się jeszcze bardziej. W naszej grupie nikt nie ma automatu. Na pierwszą nakłada się kolejna, potem jeszcze jedna. Są co najmniej trzy karabiny. Coraz mniej donośne jęki zombie. A jeśli nawet, to w dalszej odległości.

Po kilku minutach strzały też milkną i zapada grobowa cisza. Jestem skamieniały ze strachu. Wytężam słuch, ale okropnie piszczy mi w uszach. Stwierdzam, że lepiej jednak wyjść, nie wiadomo czy ktoś nie potraktuje mojego namiotu serią z karabinu. Tak profilaktycznie. Bardzo powoli odsłaniam płachty wiszące nad wejściem. Wyczłapuję się z podniesionymi do góry rękami. Krzyczę by nie strzelali, nie jestem nieumarły.

Wychodzę. Moim oczom ukazują się dwa zaparkowane w poprzek drogi, czarne, pięcioosobowe vany z przyciemnionymi szybami. Jeśli dobrze pamiętam, w starych filmach jeździli takimi agenci służb specjalnych. Obok aut stoi kilku facetów z automatami w rękach, kamizelkach kuloodpornych, ze słuchawkami w uszach. Ubrani są cali na czarno. Rozglądam się dookoła. Polanę wypełniają zwłoki. Zauważam, że krew nie pada już nieba. Nie wiem kim są moi… wybawcy? Nie mogę przecież zakładać, że i mnie nie chcą zabić. Prawdopodobnie to oni pozbawili życia moich przyjaciół.

Wreszcie odzywa się najwyższy z nich, z dodatkowym celownikiem laserowym na lufie, chyba ich dowódca. Ma chudą, zarośniętą twarz i duże brązowe oczy.

– Znaleźliśmy ją – mówi przerzucając językiem gumę do żucia z lewej, na prawą stronę.

W tym samym momencie otwierają się drzwi jednego z samochodów. Wysiada z niego dziewczyna, ubrana w jasną, jeansową kurteczkę. Uśmiecha się do mnie i rusza w moją stronę. Ja czekam zdębiały i dopiero teraz opuszczam ręce.

Znów wytężam wzrok, jak wtedy przy linie, uważnie przyglądam się tej pięknej kobiecie, która zupełnie nie pasuje do otaczającej nas rzeczywistości. Jak anioł zesłany z niebios, kroczy wśród leżących wszędzie, podziurawionych, zgniłych trupów. Z pewnością unosi się w powietrzu, bo jej koturny nie zatapiają się w nasiąkniętej krwią ziemi. Jasne blond włosy rozświetlają ponurą, zimną i ciemną aurę.

Uderza mnie fala gorąca, serce wyczuwalnie przyspiesza. Zaczynają pocić mi się dłonie, a w żołądku czuję przyjemnie kłucie. Lekko uginają mi się nogi, nie mogę zrobić kroku, chociaż bardzo chcę. Jezu, to przecież ona.

Rozpoznaję jej twarz, kształt jej ciała, ruchy bioder. Moja ukochana, którą straciłem zaraz po tym jak to wszystko się zaczęło, ta której bezskutecznie szukałem przez tyle miesięcy, ta, za którą tak bardzo tęskniłem. Przez której brak, tak wiele razy chciałem po prostu ze sobą skończyć. Boże, to ona. Nie mogę uwierzyć, że wreszcie się odnaleźliśmy.

Rzucamy się sobie ramiona. Tulę ją z całej siły, zatapiam palce w jej kręconych, słomkowych włosach. Czuję znajomy zapach, który przywołuje mi w jednej chwili tysiące wspaniałych wspomnień. Ściskam ją mocno czując jak cała drży. Śmieje się, sama chyba też nie może uwierzyć w to, co się właśnie dzieje. Patrzymy sobie głęboko w oczy i zaczynamy całować. Szaleńczo, dziko, jakbyśmy nigdy tego nie robili, przekonani przez ostatnie miesiące o definitywnej śmierci tej drugiej osoby, nie możemy przestać. Czuję się cudownie, lekko, jakbyśmy wznosili się razem w powietrze, odpływamy w euforii zatapiając się w morzu ciepłego uczucia i niewyrażalnego słowami szczęścia. Nie wiem czy naprawdę zaczęło świecić słońce, czy zrobiło się nam obojgu tak strasznie gorąco. Nie wypowiadamy do siebie żadnego słowa. One w ogólnie są nam do niczego potrzebne. Uśmiecham się szeroko głaskając jej twarz. Nigdy wcześniej nie byłem szczęśliwszy.

Żołnierze z trudem odklejają nas od siebie i wsadzają do samochodu. Siadamy na tylnej kanapie i dalej rozkoszujemy się sobą. Wsuwam ręce pod bluzkę i dotykam jej piersi. Kiedy rozpinam stanik wzdycha cichutko zachęcając mnie bym kontynuował. Nie odrywając ust od jej słodkich warg, przesuwam dłonie po jej udach. Są niesamowicie czułe na mój dotyk. Pod moją prawą dłonią twardnieją jej sutki.

Nie mam pojęcia gdzie jedziemy, jednak zupełnie nie zaprzątam sobie tym głowy. Liczy się tylko tu i teraz. Wreszcie się odnaleźliśmy, teraz może walić się świat, nic mnie to nie obchodzi.

– Zawieziemy was wreszcie do domu – dowódca oddziału odzywa się z przedniego fotela. Obserwuje nas cały czas we wstecznym lusterku. My posuwamy się dalej nie mogąc się od siebie oderwać.

Mijamy po drodze posterunki kontrolne, fragmenty murów i inne, solidniejsze barykady. W końcu wjeżdżamy w obszar wyglądający jak przedmieścia większego miasta. Droga rozszerza się do dwóch pasów, pojawiają się także inne auta. „To ratunek był tak cholernie blisko? Jak to możliwe?” zastawiam się w duchu. „Tyle lat tułaliśmy się po kraju, każdego dnia ocierając się o śmierć, śpiąc w zatęchłych namiotach, wśród rozkładających się trupów. A tu…tak blisko… Co to w ogóle za miasto?!”. Odwracam się do mojej dziewczyny, chcę zadać te wszystkie pytania na głos, ale ona wkłada mi język do gardła.

Dojeżdżamy do centrum. Samochód parkuje przed metalowymi słupkami. Dalej jest deptak rozciągnięty wzdłuż brzegu rzeki. Uliczka jest bardzo romantyczna, pali się dużo świateł, w oddali cumuje nieduży statek. Z wnętrza pobliskiej restauracji dobiega wesoła, spokojna muzyka. Po promenadzie spaceruje sporo osób. Wysiadamy z samochodu i idziemy na spacer. Wchodzimy do jednej z knajpek. Nigdy w niej nie byłem, nigdy nie byłem w tym mieście, ale kelnerka od razu mnie rozpoznaje i prowadzi nas do „naszego” stolika.

Siadamy w rogu sali, na miękkiej kanapie. Panuje tu półmrok sprzyjający takiemu spotkaniu. Zamawiamy kawę. Cały czas rozmawiamy, nie mogąc dalej uwierzyć w swoje szczęście. Całujemy się, tulimy do siebie wyznając bezgraniczną miłość. Znamy się doskonale, kończę każde zdanie, które ona zaczyna. Jestem jak odurzony. Jakbym był w innym świecie. Wreszcie wolny od strachu, bez ciągłej walki o własne życie, bez potworów czyhających w każdym zakamarku.

Patrzę w jej piękne niebieskie oczy i wiem, że to ta czysta, niewinna, dziewicza, pierwsza miłość, którą nie tak dawno straciłem, i która paradoksalnie zmieniła mnie w zimnego i bezdusznego faceta. Chociaż w tym momencie nie pamiętam wiele sprzed wybuchu epidemii, wiem, że byliśmy najlepszą i najszczęśliwszą parą na świecie.

Wychodzimy z knajpki, chcemy już iść do domu. Obiecujemy sobie, że już nigdy się nie rozstaniemy. Dociera do mnie, że czarni żołnierze cały czas nas obserwują. Zaczyna mnie to martwić. Ukradkiem oglądam się za siebie by potwierdzić, że nas śledzą. Chcę coś powiedzieć, nabieram już powietrza by podzielić się z moją ukochaną moimi wątpliwościami, ale w tym samym momencie ona bierze mnie za rękę, całuje w policzek i nagle zapominam o co właściwie chciałem ją zapytać. Znów rozmawiamy o nas, żartujemy, rozśmieszam ją do łez. Zapewniam, że zawsze będziemy szczęśliwi. W pewnym momencie podchodzi do nas gość w beżowej kurtce i ciemnych okularach. Mówi, że szef oddziału chce powieźć nas do domu. Żołnierze chcą w ten sposób ostatecznie zakończyć misję naszego ocalenia.

Znów siadamy na tylnej kanapie czarnego vana. Od przedniej części samochodu oddziela nas dźwiękoszczelna szybka. Wtulamy się w siebie namiętnie. Ponowie sięgam pod jej bluzkę. Obojgu nam podnosi się ciśnienie, nasze ręce krążą już wszędzie. Przekraczamy granicę, z której nie ma już powrotu. Nie otwierając oczu nawet na chwilę, ściskając jej piersi schodzę niżej i rozpinam spodnie. Chcemy tego tak bardzo, że nic nie jest w stanie nas zatrzymać. Ruchy jej ciała przemawiają do mnie zbyt wyraźnie. Odchylam jej mokre, koronkowe majtki i wchodzę tak głęboko jak tylko mogę. Czuję jej gorący oddech ma moim policzku, chwilę później wgryza mi się w szyję. Zatapiam palce w jej miękkich włosach, prawą ręką chwytam za pośladek. Skórzana tapicerka pod nami robi się śliska. Wychodzę na chwilę by złapać oddech. Ona orientuje się błyskawicznie i przyciąga mnie szybko do siebie. Topię się w środku tracąc kontakt z rzeczywistością. Po chwili czuję jak jej dłoń chwyta mnie za szyję i przykłada moją twarz do swoich piersi. Słyszę jak jęczy cicho, a jej serce wali tak mocno, że niemal rozsadza klatkę. Omiatam językiem jej sutki, próbując za wszelką cenę wejść w nią jeszcze głębiej. Dziewczyna odchyla głowę do tyłu przygryzając dolną wargę. Całuję ją namiętnie. Usta ma zimne jak lód. Odrywam się od niej i patrzymy sobie teraz w oczy zatracając się bez pamięci. Chwytamy się za ręce, oboje czując co za chwilę nastąpi. Odsuwam się i wchodzę w nią wolniej, do końca. Ma mokre dłonie. Powtarzam mój ostatni ruch. Kiedy docieram w to samo miejsce czuję jej pierwszy skurcz. Szybko wycofuję się i wchodzę jeszcze raz, cały, od czubka po sam koniec. W tym momencie ona kurczy się cała kilka razy otwierając usta. Zdobywam się na na ostatnie pchnięcie i wtedy czuję jak rozlewam się w środku.

Zastygamy w bezruchu i chwilę później oddychamy łapczywie, uśmiechając się do siebie. Jej twarz oblewa rumieniec. Pomagam jej się podnieść, siadamy grzecznie na kanapie. Śmiejemy się pod nosem spuszczając głowy. Wyglądam za okno. Wyjeżdżamy z miasta. W dalszym ciągu nie poznaję okolicy mimo, że jedziemy do naszego domu.

W pewnej chwili orientuję się, że wcale tam nie zmierzamy. Zamiast tego jesteśmy w drodze powrotnej do mojego obozu.

Jest kompletnie zniszczony. Wszystkie zabezpieczenia szlag trafił, linki leżą na ziemi, przyczepa Łukasza jest przewrócona. Polanę wypełniają zastrzeleni niedawno nieumarli. Mój namiot stoi jednak na miejscu. Serce wali mi jak młotem. Już nie z miłości, a ze strachu. Patrzę nerwowo na moją dziewczynę. Ma mokre oczy, po policzku spływa jej łza.

Opuszcza się szybka w aucie, dowódca drużyny parszywie się uśmiecha. Samochód gwałtownie hamuje, otwierają się moje drzwi, ktoś próbuje wyciągnąć mnie na zewnątrz. Staram się bronić, chwytam się wpierw krawędzi przedniego fotela, potem słupka, ale napastnik jest silniejszy. Krzyczę, żądam wyjaśnień, wołam Łukasza. Bezskutecznie. Wypadam z samochodu na mokrą jeszcze od krwi trawę. Żołnierze ustawiają się dookoła.

– Koniec zabawy młody. Zostajesz – rzuca do mnie dowódca.

Dziewczyna wychodzi z auta, podchodzi do mnie i całuje mnie jeszcze raz. Tak dobrze jak nigdy przedtem. Płacze. Mamrocze, że jest jej cholernie przykro, że tego nie chciała. Po jej policzkach spływają łzy. Każde słowo wypowiada z wielkim trudem.

– Z tobą było zupełnie inaczej – próbuje się opanować – ja coś naprawdę poczułam…Boże, to było takie prawdziwe – dodaje łkając.

Żołnierze się niecierpliwią, przystępują z nogi na nogę. Jeden z nich odwraca się w stronę lasu i bez żadnej krępacji zaczyna sikać.

Dziewczyna wycofuje się do samochodu, ale ja nie puszczam jej ręki, chce żeby powiedziała mi o co tu chodzi, próbuje ją zatrzymać. Wtedy z kieszeni jej kurteczki wypada czerwony kartonik i trzy, przyczepione do niego malutkie, plastikowe butelki z tabletkami w środku. Na etykietach widnieje numer poprzedzony znakiem # oraz czas. W ostatnim opakowaniu są trzy pigułki. W zasadzie są to małe, białe kuleczki, przypominają leki homeopatyczne. Na etykietce odczytuje numer 0037, a pod spodem: 23:28.

Żołnierze nadal stoją z kamiennymi twarzami czekając na rozkazy. Bacznie mnie obserwują. Dowódca złożył dłonie na piersiach i oparł się o samochód. Z zaciekawieniem patrzy co się dzieje.

Dziewczyna zwraca się do mnie i wciąż płacze. Zaglądam jej głęboko w oczy szukając tam prawdy.

– A więc to wszystko było oszustwo? – pytam drżącym głosem.

– Widzisz, na ciebie wystarczyły tylko trzy – odzywa nagle się dowódca.

Wyciąga rękę po buteleczki przyczepione do kartonika. Drugi żołnierz odbezpiecza broń i kieruje ją w moją stronę. Wzmaga się wiatr, uderza mnie fala odoru rozkładających się ciał. Czuję swój własny pot. Oszałamiający zapach jej perfum gdzieś zniknął. Ale nadal, cały czas trzymamy się za ręce.

– Przepraszam – mówi dziewczyna rozpaczliwie, nie mogąc opanować łez – z tobą naprawdę było inaczej – przeciera rękawem oczy.

Patrzę na nią i znów przeszywa mnie to okropne uczucie utraconej wielkiej miłości. Jakby ktoś ciął mnie na skos mieczem. Od szyi przez ramiona, płuca, brzuch, aż do krocza. Robi mi się słabo i przechodzą mnie dreszcze. Znów czuję rozpacz i ogromny żal. Zanim w moim żołądku wybucha granat zapalający, jelita związują mi się na supeł. Przecież jestem po uszy zakochany w tej dziewczynie.

Żołnierz który odbezpieczał karabin dźga mnie nim w plecy.

– Oddaj – mówi cicho.

Rzucam buteleczki dowódcy.

– Do samochodu – pada rozkaz.

Od strony drogi zbliża się grupka kilku nieumarłych. Zawodzą powłócząc nogami. Odwracam głowę w ich stronę. Kilka sekund później, umarlaków ścina seria z automatu. Echo strzałów odbija się od drzew, stado ptaków podrywa się do lotu skrzecząc przeraźliwie. Żołnierze wsiadają do aut, dziewczyna wolno wysuwa swoją dłoń z mojej. Trzaskają drzwi, odpalają się silniki. Nie patrzę na nią kiedy nasze ręce się rozłączają. Nie mogę. Po moim policzku też płyną łzy. Odprowadzam szklistym wzrokiem dwa czarne vany znikające w skrajnych drzewach lasu.